Tysiąc meczów arbitra. Kawszyn: Najlepiej jest wtedy, gdy sędziego nie widać [ROZMOWA]

Dariusz Kawszyn, sędzia piłkarski, szef podokręgu Nowa Sól, który gwizdał ostatnio swój tysięczny mecz: – Zdarza się, że sędziowałem kolegom, z którymi chodziłem do szkoły. Podczas meczu to nie może mieć znaczenia. Jeśli ktoś zasłużył, trzeba wyciągnąć kartkę. Tym bardziej że w A-klasie czy okręgówce derby są co chwilę

Mateusz Pojnar: Jak zapamiętasz swój tysięczny mecz? Zdarzyły się jakieś błędy?

Dariusz Kawszyn: 1006. mecz, bo jubileusz był troszkę spóźniony. One są zgłaszane do związku co najmniej miesiąc przed – wtedy wybieramy konkretny mecz, który chcemy sędziować, i proponujemy asystentów, z którymi mamy zamiar pojechać na takie spotkanie.

Jako sędziowie czujemy, czy dany mecz jest dobry w naszym wykonaniu, czy nieco gorszy i można było jednak gwizdnąć coś inaczej. Ale decyzję trzeba podjąć w kilka sekund.

Bo w niższych ligach nie macie VAR-u.

Czasem by się przydał [uśmiech]. Ten mecz we Wschowie, o którym rozmawiamy, rozgrywała Pogoń z Alfą Jaromirowice i to był mecz walki, pokazałem dziewięć żółtych kartek. Zawodnicy słownie się prowokowali.

Po meczu trójka sędziowska często rozmawia na temat spotkania i oceniliśmy, że wypadliśmy dobrze.

A pamiętasz swój pierwszy mecz w roli sędziego?

Trochę czasu minęło. Miałem 28 lat, to był 2002 r. i mecz juniorów w Zamysłowie. Sędzią głównym był Jarek Oleniak, ja byłem na linii z bratem Sebastianem. Przypominam sobie, że popełniłem proste błędy typowe dla liniowego – chodzi o kierunek autów. Była adrenalinka, bo chcesz posędziować dobrze, a ręka pokazuje w drugą stronę. Nawet zrobiłem taki śmieszny błąd związany z pokazaniem spalonego z autu. Ale to były pierwsze kroki [śmiech]. Dzień później miałem B-klasę i sędziowałem już spokojniej, pewniej.

Jestem ambitny i po dwóch latach awansowałem do A-klasy, a po kolejnych dwóch – do okręgówki.

Walczyłem o to, by zdobyć sobie pozycję, bo zdawałem sobie sprawę, że zacząłem późno. Wtedy jeszcze były ograniczenia wiekowe dla każdej klasy rozgrywkowej. Celem była ta okręgówka. Na dziś jako sędzia główny przesędziowałem już 10 lat w klasie okręgowej. Po ośmiu latach spadłem do klasy A, po dwóch znowu wróciłem do okręgówki.

Byłem w czubie, jeśli chodzi o walkę o awans do IV ligi, ale nie udało się. Z różnych przyczyn, niekoniecznie zależnych tylko ode mnie.

Co cię w ogóle skłoniło do sędziowania? Wcześniej grałeś w piłkę?

W żadnym klubie nie grałem, bardziej rekreacyjnie. To była ciekawość, bo interesowałem się piłką. Wśród znajomych pojawił się pomysł, żeby spróbować.

Chyba mogłem zacząć z cztery lata wcześniej. Widziałem w waszej gazecie ogłoszenia, że szukają sędziów, ale zwlekałem. Po kilku latach znowu zobaczyłem takie ogłoszenie, wtedy już się zdecydowałem. I tak sędziuję do dziś.

I nie żałujesz?

Nie. Na pewno to zmienia tryb życia, ale poznałem wielu ciekawych ludzi. Były trudne i nieprzyjemne chwile, ale też miłe. To jest długa przygoda z piłką i jest co wspominać. Każdy mecz to osobna historia.

Jeździmy do różnych miejscowości w całym województwie, a nawet kiedyś były wymiany z województwami wielkopolskim i dolnośląskim. Poznawałem piłkarzy, działaczy, kibiców.

Przyszłych przyjaciół?

Oczywiście.

Trudniej jest dać kartkę przyjacielowi?

Zdarza się, że sędziowałem kolegom, z którymi chodziłem do szkoły. Podczas meczu to nie może mieć znaczenia. Jeśli ktoś zasłużył, trzeba wyciągnąć kartkę. Nie ma zmiłuj [śmiech]. Tym bardziej że w A-klasie czy okręgówce derby są co chwilę

Jaki powinien być dobry sędzia?

Na pewno musi mieć charakter, nie ulegać presji, którą wywierają piłkarze. Gdy zawodnik zobaczy, że sędzia jej ulega, mecz jest zepsuty.

Do tego ważna jest niezła kondycja i sportowa sylwetka. To trzy podstawowe rzeczy. Ale nie można nikogo skreślać. Są też świetni sędziowie niewielkiej postury, którzy potrafią zaprowadzić na boisku porządek, mimo że teoretycznie robią na zawodnikach mniejsze – powiedzmy – wrażenie.

Na niższych ligach bywa czasem groźnie, prawda?

Zdarzało się utrudnianie zejścia z boiska czy wyjazdu ze stadionu. Wyzywanie, groźby. W ogóle wyzywanie jest pewnym standardem.

Dziś te wyzwiska robią jeszcze na tobie wrażenie?

Od nich trzeba się odciąć, bo rozpraszają. Każdy ma próg wytrzymałości, ale trzeba je wpuszczać jednym uchem, a wypuszczać drugim.

Miałem też jedną bardzo niefajną sytuację: w Małomicach zawodnik uderzył mnie z głowy. Z tego powodu zakończyłem mecz w 89. minucie. Nie mam pretensji do innych piłkarzy i działaczy Iskry, bo oni zachowali się przyzwoicie, sami byli tym zszokowani.

Każdemu zawodnikowi wydaje się, że przepisy gry w piłkę ma w małym palcu?

Szczególnie starsi czasem mówią „co ty mi będziesz gadał, ja gram od 20 lat”. To, że gra, nie oznacza, że kiedykolwiek wertował przepisy. One się co chwilę zmieniają. Od początku mojego sędziowania mam 10-12 nowych książek na ich temat. Ostatnio zmieniają się praktycznie co roku.

Czasem to kosmetyczne zmiany, ale zdarzają się też istotne. Sędziowie przed każdą rundą zdają egzaminy ze znajomości przepisów, też egzaminy kondycyjne. Nie zdasz – nie sędziujesz!

Jako sędziowie zawsze naciskaliśmy, żeby w siedzibach klubów były te przepisy. Nawet niech leżą – ktoś kiedyś w końcu zajrzy, choćby z ciekawości. Często piłkarz albo kibic czerpie wiedzę o przepisach gry w piłkę nożną z telewizji od komentatorów, którzy nierzadko mówią bzdury.

Jaka była twoja największa wpadka na boisku?

Po tej, o której opowiem, jakiś czas trudno było mi się podnieść. Z trzy tygodnie miałem doła.

Gwizdnąłem niesłusznego karnego, który wynikał z kumulacji pewnych zdarzeń. Coś gwiżdżesz i wszyscy do ciebie podbiegają, zaczynają krzyczeć, wyzywać. Nie pomógł mi też asystent, który był po tej stronie boiska.

Kotłowało mi się w głowie, zresztą dalej widzę tę sytuację. Zawodnik wbiegał w pole karne i wiedziałem, że coś się wydarzy. Emocje sprawiły, że nawet nie pomyślałem, żeby odwołać jedenastkę.

Na moje szczęście bramkarz obronił tego karnego. Z błędów trzeba wyciągać wnioski, ale nie można ich rozpamiętywać.

Ale opowiem ci o meczu, z którego jestem najbardziej zadowolony.

Dawaj.

Santos Świebodzin – KSF Zielona Góra. Pierwszy zespół okręgówki zagrał z wiceliderem. Był bardzo wysoki poziom. Piękną otoczkę stworzyli kibice. Najmniejszy błąd, zawahanie sędziego zepsułoby ten mecz. Jestem zadowolony ze swojego sędziowania. Cała nasza trójka posędziowała na wysokim poziomie. Obaj trenerzy nam podziękowali.

Im dłuższa jest kariera sędziego, tym więcej jest anonimowych meczów, podczas których was praktycznie nie ma? Czyli wzorowo prowadzonych?

Zdecydowanie doświadczenie pomaga. Czasem jest tak, że ciebie nie widać na boisku. I do tego powinniśmy dążyć: jeśli sędziego nie widać, to znaczy, że było dobrze. Najczęściej pretensje mają przegrani i najmilej jest zejść z boiska, gdy właśnie przegrany gratuluje ci dobrego meczu.

Przeglądamy twój notes z meczowym kalendarium. Jest gruby i wypełniony już w trzech czwartych, ale masz jeszcze trochę miejsca. Jaki mecz będziesz teraz sędziował?

Jadę na Moczyniankę Żagań, która gra ze Sprotavią. Wyniku jeszcze nie wpisałem [śmiech]. [Rozmawiamy w piątek 19 listopada, jeszcze przed spotkaniem. Moczynianka przegrała 0:3].

Popatrz, jest też rubryka ze stawkami, które dostałem za mecz. I przez te 19 lat stawka dla sędziego okręgówki poszła w górę o… 60 zł.

Tylko? Szału nie ma. A jak dołożymy jeszcze do tego dzisiejszą inflację…

No to jest niewiele. Kursy dla sędziów są, ale nie ma chętnych. Nie ma czym zachęcić, stawki są niskie.

Żebyśmy nie puentowali na smutno: życzyć ci kolejnego tysiąca meczów?

To już raczej niemożliwe. Osiągnąłem pewien limit i teraz powoli będę myślał o zakończeniu przygody z sędziowaniem.

Nie chciałbym przesadzać, żeby kibice nie krzyczeli, że sędziują jakieś leśne dziadki.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content