Bez biegania już nie potrafią

SPORT W WIEKU ŚREDNIM – Bieganie daje pewność siebie i poprawia kondycję. Jeszcze większa frajda jest w grupie i na zawodach. Po wysiłku chce się żyć – mówią Jan Uruski, Ireneusz Nieścioruk i Jerzy Kacperczak, biegacze w wieku 60 plus

Po panach grających w squasha dziś prezentujemy sylwetki biegaczy, którzy pokochali swoją dyscyplinę mając już ponad 50 lub nawet blisko 60 lat.

Biega, bo go nosi

– Nie biegałem w młodości, praktycznie nie uprawiałem żadnego sportu, może poza graniem w piłkę z kolegami w czasach szkolnych – uśmiecha się Jan Uruski, który swoje pierwsze, biegowe kroki postawił ponad pięć lat temu.

– Zacząłem się ruszać dla zdrowia, głownie jesienią i wiosną, bo latem i zimą specjalnie mi się nie chciało, więc nie było w tym regularności – wspomina. Z czasem zaczął wychodzić w teren znacznie częściej. – Zaczynałem od tego, że biegałem codziennie, ale przez pierwszy miesiąc tylko dwa kilometry. Potem co miesiąc dokładałem sobie kilometr i tak dobiłem do dziesięciu – mówi nasz rozmówca. Wtedy też powoli zaczął myśleć o starcie w zawodach.

Pierwszym testem startowym był organizowany także po raz pierwszy w 2013 roku nowosolski Bieg do Pustego Grobu. – To było świeżo po śmierci mojego ojca, który był bardzo wierzący. I tak sobie wtedy pomyślałem, że zrobię to dla niego. I pobiegłem – wzrusza się wspominając swój biegowy debiut J. Uruski. Wtedy też przekonał się, że bieganie na zawodach może dawać frajdę.

– Zobaczyłem, że nie ma się czego bać – uśmiecha się biegacz-senior, który w 2013 roku zaliczył jeszcze trzy starty biegowe, w tym nowosolski półmaraton.
Pod koniec 2014 wstąpił w szeregi Nowosolskiej Grupy Biegowej. Wtedy też zwiększyła się intensywność biegania i startowania. Apogeum nadeszło w roku 2016, kiedy to J. Uruski wystartował w grubo pond 20 biegach.

W tym roku zaczął też swoją biegową grę o tron, czyli zdobywanie Korony Maratonów Polskich. – Do dziś przebiegłem ich pięć – dokładnie te, które były potrzebne do zdobycia Korony Maratonów Polskich. Pierwszy był w Dębnie, potem kolejno w Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu i Warszawie. Dwa ostatnie przebiegłem w odstępie dwóch tygodni – opowiada J. Ursuski. Jego rekord życiowy na maratonie to 3 godziny, 41 minut i 31 sekund.

W 2017 roku biegał mniej ze względu na zabieg medyczny, który przeszedł. Bieganie musiał porzucić na trzy miesiące. Jesienią powrócił i to w jakim stylu. Wystartował w biegach w Sulechowie, a ostatnio w Żarach. Tam w kategorii M60 był pierwszy. Jego życiówka na „dychę” wynosi 44:12 sek.
– Jak nie pobiegam przez dłuższy czas, to mnie jakoś nosi. Już mam pretensje do siebie, że za długo siedzę przed telewizorem. Wkurzam się, ubieram dres i nawet o 21.30 wychodzę, żeby potruchtać – przyznaje Uruski.

Chciał tylko zbić wagę…

– Przez większość życia nie uprawiałem biegania. Przełomowym momenty był sylwester z 2000 na 2001 rok, kiedy rzuciłem palenie, ale później, za dwa, trzy lata moja waga z poniżej 80 skoczyła do 90 kilogramów. Wiedziałem, że muszę coś z tym zrobić i zacząłem biegać – mówi Ireneusz Nieścioruk, 61-letni członek Nowosolskiej Grupy Biegowej.

Początki były bardzo skromne. Długo raz, z czasem dwa razy w tygodniu Irek pokonywał około kilometrowy odcinek do boiska w Modrzycy i z powrotem. Potem doszły kółka wokół murawy. – W pewnym momencie robiłem już 25 okrążeń, czyli cały trening wynosił ponad 10 kilometrów. Zacząłem też kibicować uczestnikom Półmaratonu Solan. Zamarzyłem, żeby do nich dołączyć – mówi I. Nieścioruk.

I jak postanowił, tak zrobił. Pierwszy półmaraton zaliczył w 2008 roku. Wówczas impreza nie była jeszcze tak popularna, jak dziś. Do biegu ruszyło ponad 50 zawodników, Irek z czasem 2 godziny i 15 minut był czwarty od końca (w tym roku przy 562 uczestnikach miałby za sobą jeszcze prawie 200 biegaczy).
– Długo żadne zawody poza Półmaratonem Solan mnie nie interesowały, aż dołożyłem starty w Biegu Bachusa na 10 kilometrów w Zielonej Górze. Do NGB dołączyłem zimą z 2014 na 2015 roku. Zacząłem chodzić na ogólnorozwojowe treningi z grupą na sali. Nie ukrywam, że pierwsze bolały, ale szybko się przyzwyczaiłem i potem było coraz lepiej. Później zacząłem też z grupą regularnie biegać i w moim harmonogramie pojawiły się starty w wielu innych biegach, jak np. w górskim półmaratonie Pętla Izerska ze Szklarskiej Poręby, który wyjątkowo przypadło mi do gustu – zdradza jeden ze starszych członków NGB.

Jak większość biegaczy amatorów Irek w pewnym momencie dojrzał do decyzji o starcie w maratonie. Jak jednak przyznaje, pierwsze podejście do 42 kilometrów, było delikatnie mówiąc nierozważne. – Jesienią 2014 rzuciłem się na crossowy maraton o nazwie Lubuski Bieg Szlakiem Miodu i Wina. Po 4 godzinach i 45 minutach ledwo ukończyłem ten bieg – przyznaje. – Rok później przygotowałem się do typowego miejskiego maratonu we Wrocławiu. Mój wynik to 3 godziny i 56 minut, na dziś życiówka – dodaje I. Nieścioruk, dla którego właśnie wyniki z 2015 roku są do dziś tymi najlepszymi. Również w tamtym czasie Irek uzyskał najlepsze rezultaty na 10 km – 44:44 i 21 km – 1.41:14.

– W 2016 roku miałem kontuzję, startuję mniej i mam wyniki poniżej własnych oczekiwań, ale wciąż biegam. Każdy musi ocenić sam, ale dopóki się nie spróbuje, dopóty się człowiek nie dowie, co może zyskać, a co na bieganiu stracić – podkreśla biegacz. – A zyskuje się lepszy oddech i sen, wydolność i pewność siebie, zaufanie do własnego organizmu i sposób na radzenie sobie z problemami i stresem. Ryzyko to oczywiście kontuzje, ale to zależy od naszego podejścia, czy nastawiamy się na wynik czy tylko na rekreację – dodaje I. Nieścioruk.

Wzniecił ogień

Jerzy Kacperczak, który w tym roku skończy 62 lata, na biegową trasę wszedł dwa i pół roku temu. – Kolega, z którym byłem w delegacji, dwa razy w tygodniu wychodził przebiec pięciokilometrową pętlę. I któregoś razu mnie zaprosił. Ubrałem jakieś ciężkie buty, wytrzymałem do połowy i stanąłem. Resztę doszliśmy. Powiedziałem, że za kilka dni to powtórzymy – uśmiecha się J. Kacperczak. Za drugim razem ubrał lżejsze buty i jakoś udało się przebiec całość. Jak wrócił do Polski, kupił sobie odpowiednie buty. Kiedy znowu pojechali do pracy, zaproponował koledze, żeby znowu poszli w teren. – Zapytałem: „Romek, biegamy?”. Odpowiedział, że nie, bo lecę za szybko… – mówi J. Kacperczak.

I od tego zaczęła się biegowa przygoda. – Ciężko pracowałem w masarni. O godzinie 2.30 byłem już na nogach, wracałem z pracy o godzinie 16.00, 17.00. Koledzy siadali do obiadu i się dziwili, że ja jeszcze idę pobiegać te 30 minut. Najpierw robiłem jedno 5-kilometrowe okrążenia, po pół roku dwa. Doszedłem do tego, że dychę robiłem w granicach 55 minut – opowiada nasz rozmówca, który rok temu, ze względów zdrowotnych, stracił pracę. – W domu nuda. Nie ma człowiek za dużo obowiązków – tylko zakupy, wynieść śmieci i po robocie. Wpatrzyłem się w kolarstwo, konkretnie w Lance’a Armstronga, który poprzez sport zwalczył chorobę nowotworową. „Może i ja tym bieganiem sobie poprawię stan zdrowia?” – zapytałem sam siebie. I rzeczywiście tak się stało, dziś czuję się bardzo dobrze – opowiada J. Kacperczak, który trening robi dwa, trzy razy w tygodniu.

Pierwszym startem na zawodach, podobnie jak dla J. Uruskiego, był dla niego Bieg do Pustego Grobu w 2016 roku. – Spotkałem Mariusza Ratajczaka, który zapytałam, czy damy radę w godzinę. Powiedziałem, że chyba tak. Ja z kolei chciałem się dowiedzieć, do jakiego klubu biegowego należy. Powiedział, że do Wikonów. I do nich dołączyłem trzy tygodnie po debiutanckim biegu. – mówi J. Kacperczak, który wtedy w swojej kategorii wiekowej był trzeci z czasem 45:19.
W tym roku na tym samym biegu osiągnął czas lepszy o prawie minutę ( 44:20) i to jest jego życiówka. – Bieganie daje radość, po wysiłku chce mi się żyć. Jak nie wyjdę dwa, trzy dni, to czuję jakbym czekał na koniec życia… – mówi nasz rozmówca, który na biegowej trasie rywalizuje m.in. z Uruskim.

– Miesiąc temu napisałem do niego na Facebooku, że czas najwyższy się poznać, bo rywalizujemy ze sobą, a znamy się tylko z widzenia. No i się w końcu poznaliśmy – uśmiecha się Kacperczak, który tak puentuje swoją przygodę z bieganiem: – Po pierwszym Biegu do Pustego Grobu podziękowałem Romkowi z delegacji, że namówił mnie do biegania. I on mi wtedy odpowiedział, że dał mi iskrę, ale to ja wznieciłem ogień.

Mariusz Pojnar

Artur Lawrenc

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media