Piłkarska podróż Mirka Liszki [CZĘŚĆ II]

60 lat – tyle w tym roku stuknie Mirosławowi Liszce. Z tej okazji warto przypomnieć boiskową historię tego zawodnika. Tydzień temu opisałem ten okres jego kariery, zanim trafił do Nowej Soli. Dziś pora na czasy dozametowskie

Dozamet do II ligi miał awansować już w sezonie 1983/1984. Po jesieni nowosolanie prowadzili w tabeli, ale wiosnę zagrali słabo i ostatecznie zajęli czwarte miejsce.

Do Nowej Soli na sezon 1984/1985 przyszedł trener Tadeusz Wanat. Początek sezonu był niepomyślny, kontuzje wyłączyły z gry kluczowych zawodników, jak choćby Jerzego Benke, Waldemara Kołodzieja czy Leszka Łoszkowskiego. Pierwszy wyjazd sezonu 1984/1985 to fatalna porażka 0:4 w Barlinku, ostatecznie jesienią zespół w 13 meczach ugrał 14 punktów, strzelił 13, a stracił 15 bramek. Zajmował odległe, szóste miejsce w tabeli.

W wywiadzie dla „Głosu Dozametu” po rundzie trener Wanat powiedział: „Nie ma się co oszukiwać, ale szanse awansu przegraliśmy w ostatnim meczu z Błękitnymi (…) Różnica punktowa jest zbyt duża (…) Trzeba sobie powiedzieć, że naszym celem jest pierwsza piątka”.

Wiosną, w optymalnym już składzie, zespół ruszył. Ugrał 22 punkty, strzelił 21 bramek, stracił tylko 10. Sezon 1984/1985 w I grupie III ligi Dozamet Nowa Sól zakończył na pierwszym miejscu w tabeli wyprzedzając o jeden punkt Błękitnych Stargard Szczeciński.

Warto przypomnieć, że jednym z pierwszych, którzy wróżyli nowosolanom awans, był… Józef Młynarczyk. W czerwcu 1985 roku był w Nowej Soli na meczu Dozametu z Energetykiem Gryfino, po zwycięstwie nowosolan 5:2 życzył kolegom z Nowej Soli udanych występów w II lidze.

Dozamet przed drugoligowymi rozgrywkami się wzmacnia. Na gwiazdy pieniędzy nie ma, do Nowej Soli ściągnięci zostają solidni trzecioligowcy: bramkarz Mirosław Fabiszewski z Chemika Police, stoper Jacek Dorociak z Polonii Leszno, pomocnik Wojciech Krzyśków (Fadom Nowogród), obrońca Alfred Biczyk ze Stilonu Gorzów oraz bohater tego cyklu – Mirosław Liszka z Arkonii Szczecin.

To mi się nie mieściło w głowie

Liszka do Nowej Soli przyjechał przed okresem przygotowawczym. Wysiadł z pociągu na dworcu w Nowej Soli, skąd zabrali go działacze Dozametu. Pojechali do siedziby klubu (dziś to budynek CKZiU, ul Piłsudskiego 65, klub mieścił się na ostatnim piętrze budynku).

– Kawka, gadka, w końcu pada od działaczy pytanie: co potrzebujesz – wspomina tę rozmowę M. Liszka.

– Odpowiedziałem, że interesuje mnie mieszkanie. Podobnie mówiłem w Szczecinie. I myślałem, że tak samo jak tam, nie da się ot tak. A wtedy oni wyciągają jakiś kajet i prezes mówi sam do siebie: „Piszemy, mieszkanie”. Pomyślałem, że to jakiś wariat. Nie było targowania, a za pół roku, rok, dwa, żadnego zastanowienia. On wziął długopis i zapisał „mieszkanie”. Za chwilę mnie pyta „co jeszcze?”. Całkiem zbaraniałem. O co tu chodzi? To mówię, że może coś na zagospodarowanie. Pytanie pada, czy tyle a tyle wystarczy, a zaproponowali naprawdę sporo. Odpowiadam, że wystarczy. I znów na głos gość mówi: „Piszemy, zagospodarowanie”. Pomyślałem: „Jezu, w życiu nie widziałem takiego klubu, żeby tak się to odbywało”, to mi się nie mieściło w głowie – wspomina Liszka.

Już go z Nowej Soli nie wypuścili. Miał zadzwonić do domu, żeby jego rzeczy spakowali w kartony i wysłali do Nowej Soli. Sam został zadekowany w tymczasowym mieszkaniu, klub wynajmował nowym piłkarzom pokoje w domkach w okolicach ulicy Kasprowicza. Liszka czekał na swoje mieszkanie. W międzyczasie już grał w drugoligowym Dozamecie.

– Czekałem na klucze, żeby mieć je w rękach. W końcu dostałem, mieszkanie było na os. Konstytucji. Poszedłem odebrać, dwa pokoje z kuchnią. Wszedłem po raz pierwszy, zobaczyć, jak to wygląda, czy to się dzieje naprawdę, do końca nie wierzyłem, że to możliwe. Zabronili mi nawet, żebym sam coś wnosił do mieszkania, przysłali ludzi, żeby mnie wprowadzili – wspomina.

Niedzielne święto

Przed meczami w Nowej Soli, zwyczajowo rozgrywanymi w niedziele o godz. 11.00, trener i zespół wyjeżdżali w soboty do Nowego Miasteczka. Tam odbywali trening, jedli, spali. Rano przyjeżdżał po nich autobus i wiózł na mecze do Nowej Soli.

– Organizacyjnie to był najlepszy klub, w jakim kiedykolwiek byłem. Piłkarze nie mogli na nic narzekać, mieli zapewnione wszystko. Byliśmy zatrudnieni w Dozamecie jako pracownicy, za to dostawaliśmy comiesięczną pensję, choć do pracy nie chodziliśmy. Dostawaliśmy też premie meczowe. Klub organizował nam niemal cały dzień, wstawałeś rano, na 11.00 był pierwszy trening, po treningu na 14.00 cały zespół szedł na obiad do ówczesnego Bistro. Potem był kolejny trening, dzień w klubie zaczynał się rano i kończył późnym popołudniem albo wieczorem. Ciężka praca, dyscyplina, piłka i niewiele więcej – wspomina Liszka.

JEŚLI CHCESZ PRZECZYTAĆ WIĘCEJ, KUP E-WYDANIE „TYGODNIKA KRĄG”

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *