Nowy mistrz MFC: Liczył się tylko i wyłącznie pas [ROZMOWA]

– Nie interesowało mnie nic oprócz mistrzostwa – mówi w ekskluzywnej rozmowie z „Tygodnikiem Krąg” nowy mistrz MFC Michał Gołębiowski z Maku Gym. Nowosolanin zdobył tytuł w kategorii do 60 kg

Mateusz Pojnar: Im bliżej było turnieju o pas i samego wejścia do ringu, tym bardziej się stresowałeś?

Michał Gołębiowski: Szczerze? Gdy byłem młodszy, stres się pojawiał. Dziś mam tak, że to dla mnie czysta przyjemność. Wchodzę do ringu i robię swoją robotę, bo wiem, że jestem dobrze przygotowany. Bawię się kickboxingiem.

Spokój przyszedł z dojrzałością?

Myślę, że tak. Stoczyłem więcej walk i to sprawia, że jestem już bardziej doświadczony. Wiem, jak to wszystko sobie rozplanować, poukładać.

Teraz dla mnie największym wyzwaniem jest robienie wagi.

Dużo cię to kosztuje?

Tzn. nie mam z tym problemu, ale najgorsza jest monotonia z tym związana, dieta.

Ile zbijałeś teraz?

Nie aż tak dużo, bo ok. 5 kg. Zbyt duże zbijanie wagi nie jest dobre dla organizmu, człowiek jest bardziej zmęczony, a trzeba o siebie dbać.

Jak wyglądały twoje przygotowania?

Cały czas byłem w treningu. Od początku wakacji trenowałem dwa razy dziennie: rano i wieczorem. Zero rozrywek, tylko cały czas trening i skupienie na celu. Dlatego przyszło to osiągnięcie.

Sparowałeś też z zawodnikami spoza Maku Gym?

Tak. To wyglądało w ten sposób, że czasem brałem walki z doskoku, żeby móc w pojedynku podszkolić się w różnych elementach. W Mysłowicach walczyłem z mistrzem świata WAKO, mocnym zawodnikiem z Litwy. Wygrałem ten pojedynek i on dał mi też dużo materiału do analizy. Potem mogłem wprowadzić poprawki, żeby w ringu wszystko już było dobrze.

Po tej wygranej urosłeś mentalnie?

Tak do tego nie podchodzę. Zawsze wyciągam wnioski – obojętnie czy po wygranym, czy przegranym pojedynku. Oglądam walkę po pięć-dziesięć razy i wyłapuję złe momenty. Takie, które trzeba jeszcze delikatnie poprawić.

To nad którymi elementami szczególnie pracowaliście w okresie przygotowawczym?

Przede wszystkim nad łączeniem kombinacji. Kiedyś miałem tak, że wpadałem w przeciwnika z pojedynczym ciosem i nie kontynuowałem akcji, gdy rywal był już naruszony. Teraz skupiliśmy się na tym, żeby np. po prawym sierpie przedłużyć akcję do dwóch-trzech ciosów albo kopnięć. Dwa-trzy uderzenia bokserskie i na to wszystko jeszcze niskie kopnięcie.

Tylko na MFC 20 to był turniej i wiedziałem, że w pierwszej walce trzeba trochę szachować, nie podkręcać się, bo za chwilę przyjdzie starcie finałowe. Nie mogłem pójść na całość, zresztą trener słusznie mnie stopował z narożnika. „Michał, spokojnie, spokojnie!” [śmiech]. Takie pójście na całość groziłoby choćby kontuzją, jakimiś urazami. One mogłyby wpłynąć na finał. Trzeba było podejść do tego z głową.

Byłeś przekonany, że finał będzie twój?

Nastawiłem się psychicznie tak, że idę tylko i wyłącznie o pas. I że nie interesuje mnie nic oprócz mistrzostwa. Cały czas konsekwentnie do tego dążyłem.

Jak wspominasz same walki: pierwszą, półfinałową, z Krystianem Bernatowiczem i drugą, już finałową, z Michałem Gwajem? Spokój od ciebie emanował.

Wiedziałem, że Krystian jest mocnym przeciwnikiem. Szkolił go śp. trener Skrzypek, absolutna czołówka w Polsce. Zdawałem sobie sprawę, że jest dobrym zawodnikiem, starszym, bardziej ode mnie doświadczonym. Musiałem uważać. Zresztą zawsze mam szacunek do przeciwnika i wiem, że muszę być czujny. Trenerzy Makowski i Czyżyk zaznaczali to, o czym mówiłem wcześniej: żeby się nie podpalać, podejść do tego spokojnie. W trakcie walki widziałem, co wchodzi, co trzeba kontynuować. A skoro coś wchodzi, to po co to zmieniać? Zadziałało…

… i awansowałeś do finału z Gwajem. Jak wyglądał okres oczekiwania na tę walkę? Oglądałeś inne pojedynki gali?

Raczej nie, byłem skupiony na tym, co muszę jeszcze zrobić. Oglądałem tylko zwycięską walkę Kuby Kiesiaka, który bardzo dobrze się rozwija. Potem poszedłem do szatni się wyciszyć.

Szybko zleciało i nadszedł finał.

Z Michałem Gwajem walczyłem już wcześniej, ale na MFC 20 prezentował zupełnie inny styl. Gdy biliśmy się amatorsko na pro-amie w Nowej Soli, był bardziej statyczny, spokojniejszy. Teraz było inaczej – i to do końca walki. Uważam, że to był pojedynek godny pasa. Tak jak cały turniej, w którym walczyli dobrzy zawodnicy. Z całą tą czołówką spotykamy się na zawodach i zawsze któryś z nas walczy o mistrza.

Wspomniałeś o szacunku do rywala, który jest ważny nie tylko w sportach walki. Ale miałeś momenty w tym turnieju, w których pokazywałeś przeciwnikowi: dziś nie jesteś w stanie mi zagrozić.

To był element gry psychologicznej, sprytu. Bo gdy rywal się podpala, czasem wyłącza na chwilę myślenie, jest mniej uważny.

Co przede wszystkim zagrało na twoją korzyść 1 października?

Wydaje mi się, że kontrola w ringu. Wyszło to, co sobie zaplanowaliśmy.

Co trenerzy mówili po walce?

Pierwsze słowa to „dobrze” i „super”. Byli zadowoleni i dumni. Na pierwszym treningu zasugerowałem trenerowi, że możemy poprawić jeszcze to czy to. Trener Makowski się uśmiechnął i powiedział: spokojnie, damy radę, ale walki były dobre.

On wysoko zawiesza poprzeczkę, więc pochwała z jego ust pewnie smakuje podwójnie?

Nawet potrójnie [uśmiech]. Trener jest uczciwym człowiekiem: jeśli trzeba pochwalić – chwali; jak należy ochrzanić, to też to robi. Gdyby trener tylko chwalił zawodników, wielu z nich strasznie wystrzeliłoby z ego i nic dobrego by z tego nie wyszło.

Cztery lata temu zrobiłem o tobie pierwszy większy reportaż. Wtedy mówiłeś, że chcesz w ringu spełniać marzenia. Mistrzostwo MFC jest jednym z nich?

To już minęły cztery lata?! Szybko. Zdecydowanie to było marzenie, chciałem mieć ten pas, wizualizowałem sobie moment, w którym go zdobędę. To takie potwierdzenie, że jeżeli oddasz się czemuś w stu procentach, to przyjdą owoce.

Świętowanie trwało długo?

Nie, może jeszcze przyjdzie na nie czas. W poniedziałek już byłem normalnie na treningu.

Będziesz teraz szedł bardziej w kickboxing czy boks, gdzie są większe pieniądze?

Dobrze się czuję i tu, i tu. Świetnie w kickboxingu, ale wiem, że gdybym jeszcze bardziej potrenował pięściarstwo – tym bardziej że mogę szkolić się u boku Pawła Czyżyka – to byłoby jeszcze lepiej. Będę mieszał i startował w obu tych dyscyplinach.

A o MMA myślałeś?

Nie kręci mnie. Robiłem kilka razy parter, ale wolę stójkę.

Gdzie w najbliższym czasie będziesz walczył?

To jest już trochę okres martwy, jeśli chodzi o starty. Na pewno będę chciał startować w przyszłorocznych mistrzostwach Polski Polskiego Związku Kickboxingu, a jeszcze w końcówce tego roku chciałbym stoczyć jeden, może dwa zawodowe pojedynki.

Też lubię zawieszać sobie wysoko poprzeczkę, dlatego w przyszłości mój cel to zawodowe mistrzostwo świata, bo lepiej czuję się w zawodowych walkach, bez ochraniaczy i kasku.

Chciałbym podziękować jeszcze raz trenerowi Makowskiemu. Gdyby nie on, nie wiem, czy z tym sportem potoczyłoby się u mnie tak, jak powinno. Mam od niego dużo wsparcie, podobnie jak od rodziny, przyjaciół. Dziękuję też kibicom, którzy stworzyli świetną atmosferę!

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content