Łukasz Wojtasik: Nie zaryzykuję życia na trasie [NAD KUBKIEM HERBATY]

Jeżeli chce się biegać, zwłaszcza takie długie trasy, należy robić badania. Może się okazać np., że ktoś ma ukrytą wadę serca. Wtedy bieg może się skończyć zgonem – mówi Łukasz Wojtasik, kolejny bohater cyklu „Nad kubkiem herbaty”

Bieganie stało się popularne w ostatnich latach. Biega wielu ludzi i wiek tutaj nie ma znaczenia, to nie są tylko 30-latkowie. Podział jest teraz taki, że najwyżej obsadzona jest kategoria M-40 czy K-40, czyli osób między 40. a 50. rokiem życia. Wystarczy zresztą wyjść na naszą strefę i zobaczyć, ilu jest biegaczy.

Oczywiście są wymierne efekty biegania. Ja np. schudłem 10 kg. Teraz to się zatrzymało i pewnie trzeba by było jakąś dietę wprowadzić. Ale nie ja – żadnej diety. Nie poświęcę takiego normalnego życia dla jakiegoś większego celu sportowego, zwłaszcza że zdaję sobie sprawę z własnych ograniczeń. Z innych plusów, to jest jakaś taka upartość i wytrzymałość. Przy długich dystansach psychika jest w stanie znieść choćby siedem godzin biegu. Można to wytrzymać. Takie przebiegnięcie 160 km zajmuje około 23 godz. i to nie jest tak, że do mety dociera tylko jeden zawodnik. Udaje się to przecież kilkudziesięciu biegaczom. A to tylko jeden bieg przecież.

W tym roku chcę pobiec 80 km w UltraKotlinie. Taki mam plan.

Najdłuższy mój ultramaraton? Na razie 60 km. Koniec kwietnia planuję największe wyzwanie – 110 km w trójkącie: Nowy Tomyśl, Wolsztyn i Grodzisk Wlkp. UltraGwint to się nazywa. Można tam biec 50 km, można 110, a można i 160, czyli 100 mil. Przychodzi taki moment, że bieganie po asfalcie przestaje wystarczać, a tam są biegi terenowe. Oczywiście organizuje się też ultramaratony po asfalcie. Wówczas biega się w kółko po kilometrowej pętli. Teraz w Grecji są takie zawody, gdzie zawodnik z Polski, Paweł Żuk, znany w internecie jako „asfaltowy chłopak”, biega 5000 km wokół stadionu. Codziennie przez 44 dni przebiegał powyżej 100 km. Wydaje się nie do zrobienia. A jest. Oczywiście człowiek musi mieć predyspozycje genetyczne. I nawet wiek na początku treningów nie jest aż tak istotny. Z tego, co czytałem, Żuk wcale nie biega od 6. roku życia. Niedawno obchodził 45. urodziny, a zaczął bodajże 10 lat temu. I biega po takiej właśnie, nieco dłuższej niż kilometrowa, pętli. To jest zorganizowane w ten sposób w trosce o zdrowie zawodników. Na tak długim dystansie biegacze są co kilka dni badani i ważeni. Jeżeli nastąpi zbyt duży spadek wagi, mogą być zdyskwalifikowani ze względu na ich bezpieczeństwo.

Jeżeli chce się biegać, zwłaszcza takie długie trasy, należy robić badania. Może się okazać np., że ktoś ma ukrytą wadę serca. Wtedy bieg może się skończyć zgonem.

Ambicja, adrenalina

Zdarzają się takie rzeczy przecież. Dwa lata temu biegłem w Poznaniu i chciałem zrobić dobry wynik. Jak na moje ówczesne wytrenowanie biegłem bardzo szybko. Jednak na 32. kilometrze nie byłem w stanie postawić już kroku. Odpuściłem. Dosłownie dwa kilometry dalej jeden z biegaczy umarł na trasie. To jest naprawdę duże obciążenie dla organizmu. Zdaję sobie z tego sprawę. Biegałem w kilkuset zawodach, natomiast w kilku zszedłem z trasy. Nie zaryzykowałem, żeby biec na pograniczu utraty przytomności. Ludzie biegną tak, że za trasą padają, wymiotują, tracą przytomność. Ale to są osoby, które walczą o wynik sportowy. Ambicja, adrenalina. Ja swoje rekordy życiowe z roku na rok poprawiam oczywiście, ale to są takie rekordy amatorskie.

Zawodowo jestem przecież prokuratorem, nie biegaczem.

Czy przebiegnę 10 km w 48 minut czy 45, to nie ma takiego znaczenia. I tak będę może w pierwszej setce tych, którzy ukończyli zawody. Nie, nie zaryzykuję życia na trasie.

Kolekcjoner

Jednak moja pierwsza pasja to muzyka. Kolekcjonuję płyty. Kilka lat temu przysiadłem do katalogowania. Poddałem się jednak, gdy doliczyłem do 2 tys. Myślę, że w tej chwili jest ich około 3 tys. Mam też kilkaset płyt analogowych i gramofon, ale przyznam szczerze, że nigdy jakiegoś takiego bakcyla czarnych krążków nie złapałem.

Na dole w moim domu jest taki pokój zorganizowany w dużej piwnicy. Moja żona się śmieje, że dla tej piwnicy kupiliśmy dom. Zaadoptowałem ją sobie akustycznie, dodając wygłuszacze i rozpraszacze dźwięku. Niczego więcej w niej nie ma oprócz sprzętu i kilku szafek na płyty. Choć teraz zapełniam ją jeszcze kartonami z whisky, ale to temat na osobną opowieść [uśmiech].

W okienkach tej mojej piwniczki, które na zewnątrz są tuż nad ziemią, zostały kraty po poprzednim właścicielu. Ich twórczym wykorzystaniem było zawieszanie na nich medali ze wszystkich moich biegowych startów. Jest więc i kolekcja medali na kratach. Mam tylko nadzieję, że to się kiedyś nie zerwie. Jednak piwnica jest dla mnie głównie miejscem, w którym słucham dobrej muzyki na dobrym sprzęcie.

Pomieszczenie ma ponad 30 m. Po to, żeby je prawidłowo nagłośnić, nabyłem niemieckie kolumny Zollery na francuskich głośnikach Focal. Pięknie się na nich słucha. Przyznaję: jestem audiofilem, choć niegdyś bardziej zapalonym niż dziś. Zmieniałem sprzęt dość często, ale to niestety straszne pieniądze za sobą pociągało. A myślę też, że się trochę zestarzałem. Doszedłem do takiego poziomu, w którym kolejne inwestycje wymagałyby zbyt dużego nakładu. Nie mam też aż tyle czasu, żeby tam siedzieć i odsłuchiwać płyt jednej za drugą. Ale słucham wciąż muzyki i to zarówno w domu, jak i w pracy. W ciszy jakoś się nie odnajduję.

Nie można się nie zakochać”

W podstawówce miałem bardzo oryginalnego nauczyciela muzyki. Miał wielki magnetofon szpulowy i jak miał dobry humor, puszczał nam „The Wall” Pink Floyd’ów, oględnie zwracając nam uwagę, że muzycy z nas żadni nie będą, ale przynajmniej posłuchamy dobrej muzyki. I to była jedyna fajna rzecz w tym nauczycielu. W tamtych czasach zainteresowałem się taką muzyką nie pierwszego może wyboru dla młodych dzieciaków. I to szkoły się przyczyniły jakoś do rozwinięcia tej pasji. Gdy chodziłem do nowosolskiego „Ogólniaka”, to w katakumbach Wojtek Olszewski organizował takie odsłuchy.

Pojawiało się „Dead can dance” i tego typu klimaty.

Gdzieś to w człowieku później kiełkowało. I tak zostało to zamiłowanie.

Najbliższy jest mi rock progresywny, muzyka elektroniczna i nie chodzi mi o techno, tylko o taką elektronikę w stylu Jeana-Michela Jarre’a. No i oczywiście muzyka filmowa. Nad tą miłością nie potrafię zapanować.

Pierwszy film, który oglądałem słuchając głównie muzyki, to była „Królowa Margot”, po francusku „La reine Margot”. Poszedłem na to do kina, będąc jeszcze na studiach. Muzykę do filmu napisał Goran Bregović. Oniemiałem wtedy. Od tego czasu oglądam filmy, zwracając na muzykę bardzo dużą uwagę.

Największym i najbardziej rozpoznawalnym twórcą muzyki filmowej na światowym poziomie jest Hans Zimmer. To ten Amerykanin, który tworzył muzykę od „Króla lwa” przez „Gladiatora” po najnowszego Bonda.

Z polskich twórców muzyki filmowej bardzo interesujący jest Daniel Bloom. Zaraz rozszyfrujemy tutaj tego faceta. Jest taki polski reżyser, nazywa się Jacek Borcuch. Nakręcił m.in. „Tulipany”, „Wszystko, co kocham” czy ostatni swój film „Słodki koniec dnia” z Krystyną Jandą. I ten reżyser ma brata. Ten brat, żeby go wszyscy nie kojarzyli z bardziej znanym bratem-reżyserem, przybrał pseudonim artystyczny Daniel Bloom i tworzy muzykę do jego filmów. Przecudnej urody ta muzyka jest. Nie można się nie zakochać, jak się tego posłucha. Inna rzecz, że „Tulipany” Borcucha to przejmująca opowieść o przemijaniu. Świetna muzyka jest do niego zrobiona. Nie można przestać słuchać.

„Wszystko, co kocham” to równie świetny film: stan wojenny, chłopaki na Pomorzu gdzieś zakładają punkową kapelę… Warto obejrzeć.

Warto usłyszeć.

wysłuchała Marta Brych-Jackiewicz

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media