Najpierw wszystko przeczytaj [NAD KUBKIEM HERBATY]

– Mam taką dziwną przypadłość, że nie zapoznaję się do końca z przepisami kulinarnymi. Na ogół tylko czytam składniki i robię. Później albo mi wyjdzie, albo nie. Kiedyś moja mama – wiedząc, jaka jest moja dolegliwość – zapisała mi jeden z przepisów i na samym dole dopisała uwagę: „Najpierw wszystko przeczytaj” – o drobiazgach codzienności opowiada dyrektorka nowosolskiego urzędu pracy Katarzyna Podgórska, amatorka gotowania, gier i języka francuskiego

Przyszedł taki moment, gdy gotowanie przestało być dla mnie obowiązkiem, a zaczęło sprawiać przyjemność.

U moich znajomych jest przekonanie, że mało gotować nie umiem i zawsze da się tym wszystkim nakarmić ze trzy rodziny. Co począć? Lubię gotować i dzielić się jedzeniem.
Zawdzięczam to mamie. Zawsze trzymała nas blisko domu. Robiła frytki albo pizzę w prodiżu dla połowy dzielnicy. Świetnie wiedziała, że dzieci będą się trzymać miejsca, w którym są karmione.

Nasz dom był zawsze otwarty. Mogliśmy się w nim schować, najeść, pośmiać, pograć.

Dom z gumy

Zamiłowanie do gier zawdzięczam znajomemu. Zabrał mnie kiedyś do przyjaciół, którzy mają w domu specjalny pokój, a w nim ponad 300 różnych gier. Spraszają do siebie przyjaciół z dziećmi, rodzinę i organizują nocki graniowe. Później dowiedziałam się, że podobne noce gier organizuje nasze liceum.

Na gry spotykamy się w różnym gronie. Kto ma czas i chęć – przychodzi. Ilość graczy dowolna, byle starczyło pionków na planszy. A jeśli zabraknie, to tworzymy sekcje i każda z nich gra w co innego. W moim domu potrafi się zmieścić zadziwiająco dużo osób [śmiech].

Moja siostra jest identyczna. Jej dom też bywa z gumy, biorąc pod uwagę ilość odwiedzających. W mieszkaniu w bloku na imieninach szwagra było kiedyś 40 osób. I to było najściślejsze grono najbliższych: rodzina i przyjaciele [uśmiech].

Parlez-vous français?

Obok gotowania i gier mam jeszcze jedną miłość – język francuski. Uwielbiam francuskojęzyczne piosenki.

Gdy byłyśmy dziećmi, mama śpiewała nam kołysanki. Jedną z nich była francuska piosenka „Verte Campagne”. Miłość do języka wyssałam więc dosłownie z mlekiem matki. W liceum trafiłam do klasy, gdzie francuski był drugim językiem. Później przez zupełny przypadek nadarzyła się okazja poznania ludzi z Francji. Moja córka Agata była dzieckiem śpiącym mało. Noce spędzałam na próbach usypiania jej. Bywało, że jedną ręką bujałam malucha, drugą przeglądałam czat „Parlez-vous français”. Tam poznałam ludzi, którzy uczą się francuskiego. Czasami przeglądałam jakieś internetowe strony. I na Yahoo, na międzynarodowym czacie, poznałam Francuza, którego wujek miał polskie korzenie. Okazało się, że raz w roku odwiedza z żoną rodzinę w Polsce. A że było im po drodze, pojawiali się też u mnie na francuski obiad w polskiej wersji. Gdy przyjeżdżali, próbowałam mówić po francusku, zaś Jean Stanislav uczył się polskiego. Dopytywałam o francuskie, on o polskie słowa. Wymienialiśmy się uwagami na temat francuskich musicali, które uwielbiam.

Kolejne znajomości zawdzięczam treningom judo mojej córki Natalii. Drugiego dnia po zawodach zawsze odbywał się trening międzynarodowy. I córka poznała na nim dziewczynki z Francji. Prosiła mnie zawsze o pomoc w tłumaczeniu rozmów. Narodziła się przyjaźń z zawodniczkami i ich rodzinami. Do dzisiaj mam kontakt z Manuelem i Virginią, rodzicami jednej z zawodniczek. Utrzymuję też systematyczny kontakt z Jean Pierrem, tłumaczem i trenerem. I jeszcze z jedną rodziną – Caroline i Sebastien Favre.

Virginia i Emanuelle zaprosili nas kiedyś na wakacje. Spędziliśmy tam 10 dni. Nie obyło się oczywiście bez gotowania, próbowania francuskiej kuchni. To było moje marzenie. U nich też próbowałam ślimaków po raz pierwszy. Któregoś dnia uprosiłam Virginię, żeby ugotowała jakieś ich domowe jedzenie. Nauczyła mnie wtedy dwóch potraw. Pierwsza to tarte solei – smaczna tarta z szynki i sera zapiekanych w cieście francuskim. Ma formę słońca, stąd nazwa. Odrywa się te promienie jak takie paluchy do chrupania. Najlepiej smakuje na ciepło z tym ciągnącym się serem. I drugie danie: ratatouille w wersji domowej. Ratatouille to generalnie zapiekane plastry warzyw. Wersja, którą poczęstowała mnie Virginia, zupełnie nie przypomina klasycznego ratatouille, a konsystencją i smakiem jest zbliżone do naszego leczo. W skład wchodzi pokrojona w kostkę cukinia, ich surowa kiełbaska (dobrym zamiennikiem jest nasza polska surowa), do tego tymianek, czosnek, pieprz i pomidory. Rewelacyjnie smakuje z bułką paryską. Najważniejszym składnikiem jest świeży tymianek. Całe gałązki tego zielska lądują w ratatouille Virginii.

Dobrze mi u nich było. Mieli kuchnię z jadalnią i wyjściem na taras i do ogrodu oraz skrzynie z ziołami, a blisko domu – patio z grillem. Bardzo miłe do życia miejsce. Wychodziliśmy do ogrodu i stamtąd zrywaliśmy tymianek prosto do garnka.
Moja sympatia do francuskiego i ciekawość świata nadała imiona moim kotom. Zauważyłam kiedyś, że w hodowlach koty mają takie dziwne, wyszukane imiona. Mając dość Puszków, Pusiek i podobnych kocich imion, postanowiłam swoim nadać jakieś nietypowe.
Pierwsze dwa koty dostałam w prezencie. Jeden z nich nazywa się po arabsku Atiyah, czyli podarunek. Nisha, druga kotka, jest czarna jak noc, którą to hinduskie słowo oznacza. Kiedy przypałętała nam się na działkach trzecia kotka do kompletu i zaprzyjaźniła się z moją córką Agatą, dostała imię Amitie – od francuskiego słowa przyjaźń.
Tym sposobem mam dom pełen kotów, ludzi i jedzenia [uśmiech].

Przepiśnik

Każdy ma jakieś swoje smaki z domu. Coś babci, coś cioci, coś mamy. Ja oczywiście też. Pamiętam czekoladę mojej mamy. Robiła ją na mleku w proszku. Wylewała gorącą masę na owalne talerze. Gdy dodawała więcej cukru i kakao, to czekolada wychodziła krucha i można ją było łamać. Jak było więcej margaryny czy masła i mleka w proszku, robiła się ciągutka o konsystencji krówki. Najlepiej smakowała z pokruszonymi orzechami laskowymi. Poza tą domową słodkością pamiętam też inne, np. kompot z dyni albo jabłek papierówek gotowanych w całości, czy ze śliwek węgierek. Tych przetworów w moim domu rodzinnym robiło się zresztą całkiem sporo. Były i ogórki, i kapusta kiszona. Pamiętam też taką sałatkę zimową cioci Lucyny: kapusta, cebula, papryka, ogórki, marchewka w lekko octowej zalewie. Na stole pojawiały się często kanapki z wędliną, a w miseczce obok lądowała ta ciocina sałatka. I to są smaki, które pamiętam z dzieciństwa. Nic wykwintnego, ale zobacz – mam już ponad 40 lat, a wystarczy, że pomyślę „zimowa sałatka cioci” i gdzieś na końcu języka czuję dokładnie ten smak. Kiedy robiłam ją sama po raz pierwszy, wyszła z tego taka mała wanienka [śmiech]. Zaprawiłam w słoiki i podzieliłam się ze swoim „trójkątem bermudzkim”. Bo mam tu taki trójkąt koleżeński wzajemnej wymiany barterowej. A z innych przetworów do dzisiaj robię kiszone ogórki.
Ładnych parę lat temu byłam u innej mojej cioci – Geni. Ona też ma niemały wkład w moje zaprawy. Mama próbowała mnie do nich od zawsze przekonać, a ja od zawsze migałam się od tego zajęcia. Przynajmniej do chwili, gdy byłam na wakacjach u cioci i pomagałam jej przy zaprawach. Strzeliłyśmy 150 słoików jednego dnia. Wtedy sobie pomyślałam, że jeśli udało nam się tyle zrobić w ciągu dnia we dwie, to ja sama mogę codziennie latem zrobić po kilka słoików i uzbierają się zapasy na zimę. Tym bardziej że miałam dojście do produktów, bo tu wujek ze wsi, tam ciocia ze wsi i każde zawsze dzieliło się tym, czego miało więcej i mogło. Poza tym działka. No i wiedzieliśmy, co wkładamy do środka, jak uprawiane są warzywa. Od cioci przywiozłam przepis na ogórki w curry z liściem selera i plastrem cebuli w środku. Jeśli masz nadwyżkę cukinii, a niedomiar ogórków na działce, to można oszukać trochę i cukinię tak zaprawić. Wtedy zostają ci ogórki do kiszenia lub do zaprawy octowej.

Teraz jestem na etapie zbierania przepisów moich cioć, babci, mamy itd. Chcę stworzyć taki domowy „Przepiśnik” z rodzinnymi recepturami.

Lubię się dzielić przepisami, doświadczeniem i wiedzą z moimi znajomymi. Ale najważniejsza rzecz: w ogóle lubię spędzać czas z ludźmi. Sprawia mi radość, gdy ktoś siedzi ze mną, rozmawia i wspólnie coś robimy. Ja mam towarzystwo, a ktoś uczy się dzięki mnie czegoś nowego, a to, co zrobił, weźmie ze sobą do domu.

To naprawdę daje mi radość.

***

Chęć dzielenia się wiedzą i doświadczeniem na pewno przydaje się w mojej pracy. Zwłaszcza jak ma się młodych pracowników w zespole, a ja takich mam. Przydaje mi się też chęć nauki i poznawania. Choćby dlatego, że przepisy lubią się zmieniać i wiedzę o nich trzeba cały czas aktualizować. Zmieniają się też potrzeby naszych klientów i szukamy nowych rozwiązań. Bywa też, że i ja uczę się od swoich pracowników, np. od specjalistów w danych dziedzinach. To pomaga w budowaniu dobrego zespołu.

Wiesz, kiedy byłam młodą dziewczyną, marzyłam, by zostać kochającą, opiekuńczą mamą. Taką, jaką była moja mama.

W planach zawodowych przewijały się różne pomysły: fryzjerka, kucharka, krawcowa, nauczycielka francuskiego, inżynier środowiska. Finalnie wybrałam studia na kierunku marketing i zarządzanie. Zawsze się śmiałam, że będę po nich sprawnie zarządzać domem. Bo w domu było mi najlepiej. Nigdy nie myślałam, że moja ścieżka zawodowa będzie związana z urzędem. Ale lubię się uczyć, rozwijać, podejmować nowe wyzwania, więc jakoś tak wyszło.

Jako dziewczynka wyobrażałam sobie, że będę kiedyś szefową, która w czerwonej sukience i czerwonych szpilkach jeździ do pracy czerwonym samochodem.

Przypomniałam sobie o tym marzeniu półtora roku temu, gdy właśnie objęłam stanowisko dyrektora. I zupełnie przypadkowo przyszłam do pracy w czerwonej sukience.

Marzenia najwyraźniej lubią się spełniać.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Skip to content