Piłkarska podróż Mirka Liszki przez życie [CZĘŚĆ I]

60 lat – tyle w tym roku stuknie Mirosławowi Liszce. Bez wątpienia to ikona naszego futbolu ostatnich trzydziestu kilku lat. Dziś rozpoczynamy krótki cykl artykułów, które nie tylko przybliżą mało znane fakty z kariery Liszki, ale też pokazują, jak zmieniały się przez te wszystkie lata futbolowe realia w Polsce

Sprawdzaliście kiedyś, co znaczy słowo „liszka”? Jest kilka znaczeń, jak choćby włochata gąsienica z twardą głową i licznymi odnóżami. No niezbyt tu pasuje. W wypadku Mirka Liszki, jeśli patrzeć przez pryzmat boiska, bliższe byłoby odniesienie do innej liszki. Tak mówi się w gwarze łowieckiej na lisicę. Spryt, inteligencja, przebiegłość, te choćby lisie cechy do boiskowego Liszki pasują całkiem zgrabnie. No i do dziś chłop jest sprawny jak młody lis.

Pierwsze kroki

Mirosław Liszka w piłkę zaczął grać w Iskrze Golczewo, to jego rodzinna miejscowość, położona ok. 20 km na południowy zachód od Gryfic. Tradycje piłkarskie wyniósł z domu, w Iskrze grał najpierw jego ojciec, potem starszy brat, w końcu przyszedł czas na Mirka. Zaczynał przygodę jak każdy wtedy, w podstawówce.

Przeszedł przez juniorskie szczeble kariery, dość szybko zaczął grać z seniorami. Miał to piłkarskie „coś”.

Po sezonie 1979/1980 zespół z Golczewa awansował do okręgówki. Jak to możliwe, że 20-letni chłopak hasał po boisku zamiast po poligonie? Wszak były to czasy obowiązkowego poboru do wojska, 19-latków brano w kamasze na dwa lata, no chyba że ktoś szedł do marynarki wojennej, to znikał na trzy.

– Burmistrz Golczewa, Janusz Domański się nazywał, załatwił mi odroczenie od wojska. Kiedyś były takie czasy, ze wiele rzeczy trzeba było właśnie załatwiać. Im ktoś był wyżej na stołku, tym możliwości miał większe – wspomina Liszka.

W tej sielskiej, golczewskiej piłce Mirek trwałby być może i do dziś, gdyby nie pewien mecz.

– Graliśmy u siebie Puchar Polski z Arkonią Szczecin. Wygraliśmy w tym meczu 4:3, te cztery bramki ja strzeliłem. Idziemy po meczu z chłopakami do szatni. Trzeba pamiętać, że Arkonia była klubem milicyjnym. I tak idziemy do szatni, a tu nagle pojawiają się milicjanci i mówią do mnie „do autobusu, szybko!”. Pytam ich, po co, a oni dalej, „natychmiast do autobusu!”. Tam nawet nie było miejsca na dyskusje, co, jak, dlaczego. Bym się głupio odezwał, to od razu bym w ryj dostał. Wchodzę do autobusu, dają mi jakiś papier i facet w mundurze mówi: „podpisuj”. No to pytam, ale co to jest, co mam podpisać. A on krótka piłka: od teraz będziesz u nas grał – wspomina Liszka szczegóły specyficznej zmiany barw klubowych.

Ligowiec milicjant

Po podpisaniu „cyrografu” w autobusie, do rodzinnego domu Mirka Liszki przychodzi pismo. Z milicji. – Matka do mnie od razu: coś ty narozrabiał, że przychodzi pismo z komendy wojewódzkiej – opowiada Liszka. a było to wezwanie do klubu.

Pojechał do Arkonii Szczecin na wiosnę 1981 roku. Zgłosił się na komendę do tamtejszego kierownika od spraw różnych, podpisał stosowne papiery.

– Podpisałem wszystko, on wtedy mówi: „jesteś już nasz”. Dostałem blachę, zostałem szeregowym milicjantem, mieszkałem w hotelu milicyjnym. Więc byłem na etacie w milicji, choć z milicją nie za wiele miałem wspólnego, munduru nawet nie miałem. Takie to były czasy, że piłkarzy wciągało się na listy pracowników, dawało im się pensję, a oni często zakładu pracy na oczy nawet nie widzieli. Często takie nabory były w klubach związanych z mundurem, właśnie milicyjnych i wojskowych. Taki był ze mnie milicjant, że ani pałki, ani pistoletu, nic. Mówiłem sam, wy mi pistoletu nie dawajcie, bo ja nie umiem strzelać i się niechcący jeszcze sam zastrzelę – opowiada.

JEŚLI CHCESZ PRZECZYTAĆ WIĘCEJ, KUP E-WYDANIE „TYGODNIKA KRĄG”

Facebooktwitter