Spacerkiem po Czasie: „Nitki” [HISTORIA]

Wszyscy nowosolanie doskonale wiedzą, gdzie są „Nitki”. Dzisiejszy ZSP nr 2 to jedna z pierwszych szkół średnich w Nowej Soli, działa nieprzerwanie od 1946 r. Niemal od samego początku budynki dzisiejszej szkoły są związane z fabryką nici, w każdej z jej wcieleń. I choć dziś fabryki już nie ma, szkoła nadal istnieje

Żeby sobie sprawnie spacerować po czasie, bez gubienia się, chcąc kręcąc wskazówkami zegara wstecz, trzeba o dziwo solidnie osiodłać przestrzeń. Trzeba żmudnie, acz z wypiekami na twarzy, pogrzebać w przedwojennych książkach adresowych. Trzeba z wystawionym koniuszkiem języka, będącym oznaką ekscytacji, taplać się w pożółkłych arkuszach starych map. Trzeba wejść w nieistniejącą topografię nieistniejącej dziś Neusalz, z jej nieistniejącymi adresami, numeracją nieistniejących domów i ich nieistniejącymi mieszkańcami. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że nie pójdziesz i nie zapytasz, bo tych domów dawno już nie ma, a ludzie nie dość, że rozjechali się po świecie, to skończyło im się czasu życia paliwo.

Ale jeśli spacerowanie po czasie się lubi, jeśli ma się tendencje do grzebania, to przy okazji szczęśliwego finału poszukiwań satysfakcja mili państwo jest. Z drugiej strony, patrząc obiektywnie, po co komu taka wiedza? Na przykład. że Ottilie Lindner była nowosolską praczką wyższych sfer: pastora Piwowara, doktora Ledera i dyrektora huty Glaesera?

Zdjęcie z kozami

Otóż owa Frau Ottilia, na oko około pięćdziesięcioletnia, ma zrobione zdjęcie. Stoi z mężem Richardem przy słupku w ogrodzie. Przed nimi widać kompletnie nierozumiejące zasad fotografii portretowej dwie kozy, pokazują, że tak powiem, ogony. Jest słoneczny, letni dzień, koło południa, bo cienie są krótkie. Richard ma białą koszulę, szelki, ciemne spodnie, jego żona suknię w nieopisany wzór. Za państwem Lindner jest drewniany płot, młoda akacja i niewysoki budynek. Zdjęcie, jak mówi podpis, zrobione jest przy Breslauer Strasse 45, a ów budynek za nimi to jak mniemam budynek dzisiejszych „Nitek”. Zatem skoro oni stoją pod numerem 45 (nieparzyste numery Breslauer Strasse biegły lewą stroną ulicy patrząc w kierunku Wrocławia), to pod jakim numerem był budynek dzisiejszych „Nitek”? Jest też świetne zdjęcie budynku z Breslauerstr. 45A. To budynek dzisiejszego szkolnego internatu. Kiedy je zobaczyłem, nie wiedziałem, gdzie to jest, bo dzisiejsza jego wersja kompletnie odbiega od ówczesnej. Skoro oni pod 45, a internat to 45A, to jaki numer miały „Nitki”?

Wytarta przeszłość

Dzisiejsza przestrzeń pomiędzy nowosolskim browarem a szkołą nie ma żadnego śladu zabudowy sprzed 1945 roku. Za browarem zaczyna się osiedle bloków, które kończy się tuż przed szkołą. 80 late temu ten fragment miasta był kompletnie inny. Browar był pod adresem Breslauer Strasse 31. Za nim, w stronę dzisiejszej szkoły, pod adresem 33 stała dwukondygnacyjna kamienica z sześcioma mieszkaniami ogrodem. Potem mamy puste miejsca, nie ma numerów 35 i 37, być może to niezabudowane parcele. Nr 39 na ówczesnej Breslauer Strasse to kolejny dwukondygnacyjny budynek, w 1936 roku tu mieszkają dwie rodziny – wdowa Wilhelmine Balkow z dwoma synami i wdowa Berta Haupt. Naprzeciwko ich domu, po drugiej stronie ulicy, w parku, stoi willa Gruschwitzów.

Do szkoły mamy już niedaleko. Pod ówczesnym numerem 41 mamy fabryczne ogrodnictwo z małym domem, gdzie mieszka krawcowa Renner. Znajduje się niemal na wprost uliczki prowadzącej do bramy fabryki. Jesteśmy na końcu dzisiejszego osiedla, ogrodnictwo przez płot i rów z wodą graniczy z dzisiejszą szkołą. W książce adresowej z 1936 roku trafiam w końcu na budynki pod numerem 43 przy Breslauer Strasse. Jesteśmy na miejscu.

W służbie Rzeszy

„Breslauerstrasse 43. Wozownia i obejście ze stajniami, wiaty samochodowe zamieniono później na garaże. przez pewien czas mieściła się tu również służba pracy (RAD)” – czytam w informacji o tym adresie. Kto był tu zameldowany? Dowódca drużyny Alfred Boer i inni „truppenfuhrerzy” – Burghart, Muller, plus pracownicy obsługi. Obsługi czego? Ano owego RAD, czyli Reichsarbeitsdienst, po naszemu „Służba Pracy Rzeszy”.

Siedziba nowosolskiej filii RAD, później obozu pracy, a od 1944 roku filii
obozu koncentracyjnego Gross-Rosen, po 1946 roku teren szkoły (foto:
polska-org.pl)

W 1935 wprowadzono w III Rzeszy zarządzenie o obowiązku sześciomiesięcznej pracy na rzecz państwa, a obowiązek miał być wypełniony poprzez pracę właśnie w Reichsarbeitsdienst. Zarządzeniu temu podlegali mężczyźni w wieku od 18 do 25 lat. To po to powstał kompleks budynków, w których już po raptem 10 latach, już w kompletnie innym państwie, bo w Polsce, miała powstać szkoła. RAD-owcy pracują w polach, lasach, praca ma ich wychowywać. Takie półroczne wojsko. Nowosolska jednostka ma numer 1/100, jej patronem i symbolem w nazwie jest „Graf Schlieffen”. Takich jednostek są w Niemczech setki, do tej „naszej” prowadzi stosowny drogowskaz, są budki strażnicze, brama, Jest plac apelowy, z niego przechodzi się przez bramę w budynku na plac zieleni, gdzie stoją drewniane szopy na sprzęt ogrodniczy typu łopaty, grabie, taczki, to wszystko, co potrzebne jest młodym RAD-owcom wypełniać obowiązek wobec ojczyzny.

Nad bramą jest napis: „Es ist nicht nötig, daß ich lebe, wohl aber, daß ich meine Pflicht tue”, czyli mniej więcej głoszący, że nie jest konieczne, abym żył, ale bym wypełnił swój obowiązek. O ile dla blondwłosych młodzieńców brzmi to wspaniale, tak okrutne w wymowie będzie za chwilę dla tego tysiąca dziewczyn zwiezionych do Neusalz, by niewolniczo pracowały w fabryce Gruschwitza. To dla nich za budynkami, gdzie wcześniej pasły się konie, gdzie stały drewniane szopy ze szpadlami, powstanie kilkanaście baraków, w których spędzą cztery lata. Niektóre mają po 13 lat. W obozie w Neusalz dorosną, a potem, w styczniu 1945, kiedy będzie tu już filia Gross-Rosen, wygonią je Niemcy w śnieg i mróz na 500-kilometrowy marsz śmierci.

Kiedy 7 lutego 1945 roku ktoś robi zdjęcie Neusalz z samolotu, dawny RAD, niedawny obóz, są już puste. Za tydzień wejdą tu Rosjanie, za tydzień niemiecka historia warzelni nad Odrą się skończy.

Po dziś dzień

7 maja 1946 roku, jak podaje publikacja „450 lat Nowej Soli – Kalendarium dziejów miasta”, powołano Szkołę Przemysłową Nadodrzańskich Zakładów Przemysłu Lniarskiego typu średniego. Równocześnie powstała Zasadnicza Szkoła Włókiennicza. Szkoła Przemysłowa kształciła również osoby dorosłych na kursie przedmistrzowskim. W roku 1947 Szkołę Przemysłową przemianowano na Gimnazjum Przemysłowe wprowadzając nowe kierunki: przędzalniczy i mechaniczny. 1 września 1950 roku szkoła zmieniła nazwę na Państwowe Technikum Przemysłowe Włókien Łykowych. W tym też roku nie przeprowadzono naboru do klas pierwszych Gimnazjum Przemysłowego. Organizacja szkoły w roku szkolnym 1950/51 przedstawiała się następująco: Zasadnicza Szkoła Włókiennicza, Gimnazjum Przemysłowe z wydziałem mechanicznym i wydziałem przędzalniczym, Państwowe Technikum Włókien Łykowych oraz Technikum Wieczorowe, które kształciło młodzież i dorosłych w dwóch kierunkach: mechanicznym i przędzalniczym. Tak urodziły się „Nitki”.

Początek lat 60. w szkole. Fot. Aleksandra Balcerek-Drutel/Nowa Sól wczoraj

W szkole miała miejsce coroczna, specyficzna uroczystość. Absolwentów przekazywano oficjalnie i uroczyście fabryce. Lata mijały, w latach dziewięćdziesiątych szkolny pseudonim „Nitki” stracił rację bytu, nie było już fabryki nici. Szkoła się dopasowała do rynku, dziś już nie kształci pracownic dla fabryki nici, a celuje w rzemieślnicze zawody. I to szkoła jak żaden inny podmiot, nie RAD, nie filia Gross-Rosen, jest dziś pełnym i jedynym szyldem dla tego miejsca. Ma na swoim koncie kilka pokoleń wykształconych, nauczonych zawodu nowosolan. Ale kultywuje pamięć o tym, jakim budynkiem, o jakim charakterze była kiedyś. I nie jest to brzemię, ale kolejny aspekt kształtowania charakterów młodych mieszkańców.

Na starym, letnim zdjęciu spod Breslauer Strasse 45, za państwem Lindner puszy się młoda akacja. Do dzisiaj stoi, choć jest już niemal niebosiężna, poskręcana, niegdyś w pniu nie grubsza od męskiego ramienia, dziś poza zasięgiem obwodu męskich ramion. Nie ma praczki Lindner, RAD-u, obozu, nie ma zapewne tych dwóch kóz, które meczą dziś w kozim raju.

Ale budynek dalej jest. I spacerując tamtędy warto wiedzieć, co tu kiedyś było. Dlatego spaceruję po czasie.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content