Maciej Koszela: Ambicja sprawia, że stąpam po granicy [ROZMOWA]

Medalista mistrzostw Polski masters w sprincie, 43-latek: – Biologicznie byłoby lepiej, gdybym nie uprawiał już tej dyscypliny sportu. Przecież powoli powinienem gnuśnieć, mieć wiszący brzuch i pić na weekend wódeczkę, a nie jeździć na zawody. Ale wiesz, jak super się czuję, gdy podchodzą do mnie przyjaciele i mówią: jesteśmy z ciebie dumni?

Do biegania wrócił po latach. Zdobywa medale na największych imprezach dla oldbojów w Polsce, ostatnio brąz mistrzostw kraju. Jest energiczny, uśmiechem i żartem potrafi szybko sobie zjednać człowieka. Jeszcze zanim zaczynamy wywiad, opowiada:

– Moja motywacja? Dick Hoyt. To człowiek, który wziął udział w setkach triathlonów. Startował ze swoim niepełnosprawnym synem Rickiem, chłopcem z ciężkim porażeniem mózgowym. Ojciec poświęcił się temu chłopakowi bez reszty. Wszyscy zawodnicy płynęli normalnie, a on ze swoim synem w pontonie. Zaliczał najtrudniejsze i najdłuższe dystansy. Jak Jerzy Górski, tylko że z synkiem. Wsadzał go na rower, biegł z nim w specjalnym wózku. Dziś rano przeczytałem, że Dick Hoyt zmarł. Miał 80 lat. Ten facet kiedyś mnie zainspirował do działania. Sporo sportowców przez covid i utratę sponsorów straciło chęć do dalszego trenowania. Gdy lata temu poznałem historię Hoyta, uświadomiłem sobie, jak wielu rzeczy nie doceniamy. I jak szybko się poddajemy.

Mateusz Pojnar: W internecie napisałeś, że jesteś szczęściarzem, bo otacza cię w tym bieganiu mnóstwo świetnych ludzi.

Maciej Koszela: To jest niesamowite. Nie wiem, z czego to się bierze. Mamy w Nowej Soli przepiękny stadion, którym zajmuje się pan Janusz – na niego zawsze można liczyć. Aleksandra Grządko, dyrektorka „Ogólniaka”, gdyby mogła, podarowałaby nam gwiazdkę z nieba. Kiedyś przyjechałem na trening, akurat spadł śnieg. Pani dyrektor akurat jechała do domu, wysiadła z auta, podeszła do mnie i przepraszała, że na pierwszym torze nie jest odgarnięty śnieg, bo nie zdążyli tego uporządkować. Ja poczułem się głupio, że w ogóle mi to tłumaczyła. Ale to jest przykład, jak dba o sportowców.

Panie sprzątaczki mówią nam czasem, że szybciej posprzątały aulę tylko po to, żebyśmy mogli tam wcześniej wejść. Trener Aresa Zeniu Szpigun oddaje nam serce, zawsze znajdzie dla mnie czas na analizę i rozmowę. Marcin Reus z grupy CNS bardzo, bardzo pomaga mi przy crossficie. Do tego mnóstwo ludzi z Zielonej Góry z grupy Krzyśka Filipowskiego.

A gdy kiedyś napisałem do fizjoterapeuty Łukasza Kierula, że mnie coś boli, to przyjechał do mnie o 23.00.

To wszystko łączy się w całość i sprawia, że tak – szczęściarz ze mnie. Jestem tym ludziom bardzo wdzięczny. Również dzięki nim od czterech lat startuję w zawodach masters i chciałbym, żeby to trwało jeszcze długo.

Do sportu wróciłeś po latach. Pamiętasz, jak w dzieciństwie zacząłeś biegać?

Odkrył mnie w podstawówce nr 4 mój wuefista, nieżyjący już Ireneusz Swiniarek. Praktycznie zawsze podczas biegów byłem gdzieś z tyłu, nie dawałem rady. Ale pan Irek powiedział, że zrobi ze mnie biegacza. Nie traktowałem tego poważnie, bo – delikatnie mówiąc – byłem taki sobie.

Tak się zaczęło, trafiłem do SKS-u. To było bardzo dawno temu, biegaliśmy blisko łąki, gdzie pasła się Kasztanka Piłsudskiego [śmiech].

Później zaczęliśmy trenować u Andrzeja Wichmana, który zrobił z nami kawał dobrej roboty. Krótko trenował nas też znakomity nowosolski lekkoatleta Grzegorz Cybulski. Wtedy na „Ogólniaku”, żeby znaleźć sobie miejsce do biegania, trzeba było wydeptać trawę. Dzisiaj – inny świat.

Maciej Koszela (fot. Szymon Koszela)

W końcu trafiłem w zielonogórskiej szkole sportowej pod skrzydła Jerzego Miliczenki. Zdobywałem sukcesy na lokalnej arenie, ale na mistrzostwa Polski wtedy nie trafiłem.

Mając 16-17 lat, zrobiłem swój rekord życiowy – 7,03. Jako masters najszybciej pobiegłem 7,43.

Pewnie chcesz teraz pobić to 7,03?

Specjaliści mówią, że będę biegał szybko do 45. roku życia, że do tego momentu nogi będą się fajnie kręcić. To podpowiada im biologia. Teraz mam 43 lata, więc jest jeszcze czas, żeby tę życiówkę pobić. I dogonić siebie z czasów młodości. Wierzę, że mogę to zrobić. Trenuję praktycznie siedem dni w tygodniu, nieraz dwa razy dziennie.

Ile miałeś lat, gdy przestałeś biegać?

Szedłem akurat do drugiej klasy szkoły średniej. Wtedy skończyłem swoją przygodę.

Myślałeś czasem, co by było, gdybyś jednak nie zrezygnował?

Coś by było, a może nic by nie było. Nie ma co do tego wracać. Nie cofnę czasu. Żyję tym, co jest dzisiaj, na co mam wpływ.

Zrezygnowałem wtedy i… próbowałem dostać się do szkoły aktorskiej we Wrocławiu, ale mi się nie udało. Grałem wcześniej w amatorskim szkolnym teatrze.

Serio? Nie znałem cię od tej strony.

Drugi raz już nie próbowałem zdawać do wrocławskiej szkoły, a aktorzy mówią, że ci najlepsi dostają się właśnie za drugim-trzecim razem [uśmiech]. Zrezygnowałem z tego.

Bo zakładam, że brakowało ci po prostu biegania. Pewnie dusiłeś to w sobie, ale w końcu, po 20 latach, wróciłeś do sportu.

Tak, tęskniłem do tego. Dawid Tymiński, mój kolega, zadzwonił do mnie i zachęcił do powrotu. „Maciek, są zawody mastersów, a ty przecież szybko biegasz”. Ja już wtedy dla relaksu biegałem jakieś dyszki, półmaratony.

Dnia mojego powrotu nie zapomnę. Akurat wtedy został otwarty wyremontowany stadion przy liceum. Poszedłem tam, poprosiłem o blok startowy i bardzo długo mnie bolały nogi po tym pierwszym treningu. Ledwo wróciłem do domu.

Znowu zacząłem biegać sprinty. To była najlepsza decyzja, bo dziś czuję się jak 20-latek. Nie pamiętam, kiedy wyszedłem z domu zły, bo idę na trening.

Na co dzień zdarzają się problemy: dom, jestem przecież ojcem, pracuję, ale trening to jest przyjemność.

Nie chcę, żebyś się obraził, ale sprint w tym wieku nie jest bezpieczny. Tak mówią lekarze.

Chodzi o sprawy mięśniowe – to szybkie biegi i w moim wieku mięśnie łatwo mogą się zerwać. Biologicznie byłoby lepiej, gdybym nie uprawiał już tej dyscypliny sportu.

Żona cię czasami ochrzania, że mimo wszystko to robisz?

Mam w niej wielkie wsparcie, jak w całej rodzinie, ale rzeczywiście wkurza się, jak widzi, że jestem przetrenowany. Bo tak się zdarza. Wtedy mnie strofuje: nie masz sił wstać z łóżka, odpuść ten trening.

I co wtedy robisz?

Wstaję, ubieram się i idę na trening [śmiech]. Jeśli zrobiłbym inaczej, oddaliłbym się od sukcesu, celu. Nie chcę się cofać, chcę iść do przodu.

Podchodzisz do sportu jak człowiek ze starej szkoły. Dzisiaj niejeden młodziak odpuściłby trening, bo „mu się nie chce”.

Trenuję z młodymi chłopakami i widzę to, że nasze pokolenia się różnią. Ale tak samo różni się moje pokolenie z pokoleniem rodziców. I zawsze ci młodsi słyszą „wasze pokolenie jest takie a takie, nasze było lepsze”.

Nie wolno wrzucać wszystkich do jednego worka. Widzę w Aresie bardzo ambitnych, pracowitych chłopaków.

U mnie to bieganie sprintów trwa cztery lata i stało się nawykiem. Jest jedno niebezpieczeństwo: że nawyk stanie się obsesją.

Boisz się tego?

Trochę tak, jest takie ryzyko. Ostatnio oglądałem film dokumentalny o Ronniem Colemanie. Osiem razy z rzędu zdobył najwyższy laur w kulturystyce. Wielki facet, jego biceps był jak moja klatka piersiowa. Dziś ma 57 lat i jest wrakiem człowieka, przeszedł kilka operacji kręgosłupa.

Ktoś go pyta w tym dokumencie: jaki jest twój ból kręgosłupa, tak w skali 1-10? On odpowiada z uśmiechem: 12. Mówię po tej scenie do żony: wow, a ona ma mnie chyba za wariata…

Sport stał się u Colemana karą. Pasja – obsesją. Dziś dalej trenuje, mimo że chodzi o kulach i lekarze mu zabraniają.

Czasem też się na tym łapię, że mój fizjoterapeuta Łukasz Kierul radzi mi: nie idź dziś na trening, a ja go okłamuję i jednak idę.

Ale wiesz, my tutaj rozprawiamy o profesjonalnych sportowcach, a ja przecież jestem amatorem. Mnie nawet jest trochę głupio, że udzielam wywiadu. Ludzi to nie zainteresuje, pewnie odezwałeś się, bo nie masz o czym pisać [śmiech].

Zauważyłem, że masz naprawdę sporo kibiców i stałeś się dla nich inspiracją. Jest o czym pisać.

Przed mistrzostwami byłem w szoku, bo rzeczywiście dostałem dużo wsparcia. Nie wierzyłem w to, że tylu ludzi może interesować siedmiosekundowy bieg na 60 metrów w wykonaniu 43-latka. Przecież ciągle walczę o marchewkę, z tych medali nie mam grosza. Za to dużo do biegania dopłacam.

Z drugiej strony są pozytywy: po czterdziestce ważę idealnie – 68 kg – obudowałem się mięśniami i wyglądam nieźle. Przecież powinienem powoli gnuśnieć, mieć wiszący brzuch i pić na weekend wódeczkę, a nie jeździć na zawody.

Teraz już trudno ci będzie z nich zrezygnować.

Boję się tego, bo jestem strasznie ambitny. Ta ambicja sprawia, że stąpam na takiej granicy między zdrowiem a kontuzją. Póki co udaje mi się jej nie przekroczyć.

Chciałem cię zapytać, czy doceniasz ten brąz mistrzostw Polski, który ostatnio zdobyłeś, czy czujesz jednak niedosyt. Ale na początku powiedziałeś, że generalnie ludzie nie doceniają tego, co mają, więc to pytanie chyba jest już nieaktualne.

Doceniam wszystko, co dzieje się wokół mnie. Najmniejszy sukces. Jeżeli masz motywację i chcesz iść do przodu, to jest dobrze. Chodzi o to, żeby się nie poddawać. Wszystko dzieje się w głowie. Jak nazwać trzecie miejsce – to przegrana czy zwycięstwo? Zależy, jak sobie to ułożę w głowie.

Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by wygrać. Po prostu moi koledzy pobiegli świetnie i mnie wyprzedzili.

Wiesz, miałem już złoto i srebro, brakowało mi brązowego medalu, to teraz go mam [uśmiech].

Ale nie wierzę, że nie analizowałeś tego na zasadzie „gdybym zrobił coś inaczej, to mógłbym być wyżej na podium”.

Czysto sportowo analizowałem to, pewnie. Od 40. metra czegoś mi zabrakło i wiemy z trenerami Zeniem Szpigunem i Sebastianem Bednarczykiem, nad czym teraz pracować. A zabrakło takiej siły, wytrzymałości.

Mógłbym się wytłumaczyć, że z powodu koronawirusa nie było zbyt dużo okazji do startów. Dodatkowo była dość śnieżna zima i nie miałem gdzie biegać, trenowałem głównie w hali w Zielonej Górze, gdzie mogłem biegać 60-metrowe odcinki. Ale przecież wszyscy jechaliśmy na tym samym wózku. Koledzy, którzy wygrali, również.

Gdy wystartowałem, pomyślałem: człowieku, jaki ty szybki jesteś! Niby taki bieg trwa kilka sekund, ale kłębi się mnóstwo myśli.

Jestem zdrowy, mogę dalej trenować i już od poniedziałku szykuję się do kolejnych imprez biegowych.

Gdzie cię zobaczymy?

W tym roku przede wszystkim celuję w trójbój sprinterski w Toruniu i letnie mistrzostwa Polski w Olsztynie. Będę chciał też startować z Aresem we wszystkich możliwych mityngach.

Mam nadzieję, że zaszczepimy się i wróci normalność. Chociaż widać ostatnio, że za bardzo nie możemy wybiegać w przyszłość.

Jak zachęcisz ludzi, żeby zaczęli uprawiać sport?

W zasadzie sama pandemia powinna zachęcić ich do aktywności, dbania o siebie. Dzieciaki siedzą nieraz po 10 godzin przed komputerem. Synowie mi mówią: tato, tak naprawdę to dopiero teraz sam z siebie usiadłem przy komputerze, bo wcześniejsze siedem godzin to była szkoła i się nie liczy. Słychać, jak dzieci wpadają w depresję, mają problemy z otyłością.

Dorosłych też to dotyczy. Nie wszyscy muszą sprintować, ale poćwiczmy coś dla własnego zdrowia. Jak zdrowie nam dopisze, to wtedy będziemy w stanie wiele rzeczy w życiu załatwić.

Co oprócz medali, dobrej wagi i mięśni dało ci to bieganie?

Dzięki niemu pokonuję ograniczenia, które gdzieś tam zawsze nas otaczają. I jeśli sprawię, że za moim przykładem chociaż jedna osoba zmieni swój styl życia, zacznie się ruszać, to będę przeszczęśliwy. Na zawodach mogę być wtedy czwarty albo ostatni. No, czuję taką misję.

Czasem mnie ktoś pyta, jak zacząć biegać. Każę mu wystawić buty przed dom i wrócić spać – jak tak wytrzymasz tydzień, możesz zacząć biegać.

Niektórzy przychodzą na stadion i proponują nawet, żebyśmy się pościgali.

Pewnie wracają potem do domu z podkulonym ogonem.

[uśmiech] Z innej beczki: sport dał mi mnóstwo przyjaciół. Wiesz, jak super się czuję, gdy na crossficie podchodzą do mnie i mówią: jesteśmy z ciebie dumni?

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

Mateusz Pojnar
Latest posts by Mateusz Pojnar (see all)
FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content