Rocznica debiutu Dozametu w drugiej lidze. To były złote czasy naszego futbolu

PRZYPOMINAMY TEKST Z 2020 ROKU. 4 sierpnia 1985 to kluczowa data, jeśli chce się zrozumieć mit legendarnego Dozametu Nowa Sól. Nasza przygoda w drugiej lidze trwała dwa lata

Henryk Kaim wchodzi na murawę nowosolskiego stadionu. Słońce praży, założył czapkę z daszkiem. Gorąco było też 35 lat wcześniej, kiedy Kaim wchodził na to boisko jako napastnik Dozametu Nowa Sól. Był 4 sierpnia 1985 roku. Graliśmy pierwszy mecz w drugiej lidze. Przeciwnik: RKS Radomiak Radom.

Były piłkarz mieszka niedaleko stadionu i do dziś czasami tu przychodzi, gdy nikogo nie ma. Siada wtedy samotnie na trybunach i wspomina. Jest cicho, a on myśli sobie, na którą bramkę strzelił więcej goli.

Teraz stajemy na środku boiska. – Wychodzi, że na tę strzelałem częściej – wskazuje bramkę od strony szatni. – Z Radomiakiem były duże emocje, tym bardziej że na starcie jako beniaminek graliśmy z zespołem, który spadł z pierwszej ligi. To było duże wzruszenie i – można powiedzieć – podniecenie. Dla kibiców i dla nas ten awans to była duża frajda pod względem sportowym, ale też widowiskowym.

– Cała pana rodzina przyszła na ten mecz? – pytam go.

– Chyba tak, ale teraz już sam nie wiem – mówi. – Wtedy człowiek był jednak zainteresowany meczem. Odprawa, rozgrzewka, samo spotkanie. Moi bracia często chodzili na mecze. Chcieliśmy się wtedy pokazać publiczności. Ale nie trząsłem się, bo Radomiak przyjeżdża do Nowej Soli. Przyjąłem to spokojnie. Chciałem jak najlepiej wypaść i osiągnąć dobry wynik.

Henryk Kaim żałuje jednej rzeczy: – Że nie awansowaliśmy wcześniej, bo mieliśmy wtedy naprawdę dobrą ekipę złożoną z samych nowosolan. Niewiele nam zabrakło do awansu i to się opóźniło o pięć lat. To była drużyna z Józkiem Śnieżką, Czesiem Bieleckim, Wojtkiem Kakałą czy Kazimierzem Karpińskim. Byliśmy wtedy o wiele młodsi, a tak debiutowałem w drugiej lidze mając 33 lata. W 1986 r. skończyłem granie tutaj potyczką z Zawiszą.

Czy Henryk Kaim do tej pory chodzi na mecze? – Zdarza się, ale aż tak to mnie już nie kręci – przyznaje. – Dziś futbolówka lata w lewo, w prawo i nie ma już gry piłką, tylko łup, łup, łup – tak to odbieram. Teraz klubom jest też trudniej pod względem sponsorów. Kiedyś firmy jak Dozamet czy Odra dawały duże pieniądze na piłkę nożną.

Z Radomiakiem piłkarze Dozametu, podopieczni trenera Tadeusza Wanata, przegrywali po pierwszej połowie 0:1. W przerwie za Henryka Kaima wszedł Mirosław Morawski i strzelił na 1:1 – na tę bramkę od strony od szatni. Na trybunach euforia.

Tak ten mecz się zakończył – Dozamet na początku kampanii w drugiej lidze remisuje ze spadkowiczem z ekstraklasy. – Wynik był dla nas satysfakcjonujący – zapamiętał Kaim. – Chyba byłem wtedy kapitanem.

Dozamet zagrał w składzie: Fabiszewski – Hoły, Dorociak, Połoński, Matkowski, Łoszkowski (od 83. minuty Chudzik), Kołodziej, Liszka, Benke, Kaim (po przerwie Morawski), Krzyśków.

Bitni

Relacja „Gazety Lubuskiej” po meczu z Radomiakiem: „Kibice piłkarskiej Nowej Soli przeżyli swoje wielkie święto. Po latach gry w trzeciej lidze, nadziejach na awans do klasy wyższej, w niedzielę Dozamet grał już jako drugoligowiec. Dodajmy, że grał nieźle, bez kompleksów, a remis z pewnością nie krzywdzi piłkarzy Radomiaka, tak niedawno grających w ekstraklasie”.

Dziennikarz „GL” podkreśla, że „drużynę Dozametu tworzyli piłkarze bardziej bitni, nieustępliwie walczący o każdą piłkę”.

„Był to zatem mecz równorzędnych w tym dniu drużyn – ocenia »GL« – a to już skłania do wystawienia gospodarzom wysokich cenzurek i wyrażenia jeszcze większych nadziei na najbliższą drugoligową przyszłość”.

Ostatecznie pierwszy sezon w drugiej lidze Dozamet skończył na 12. miejscu.

Jak gdzie? W Nowej Soli

Z Mirosławem Liszką spotykam się… w jego piwnicy. Zrobił w niej coś w rodzaju małego piłkarskiego muzeum. Odwiedzają tam go czasem koledzy. Zapewnia, że jak już przyjdę, to będę musiał posiedzieć kilka godzin. Bo tyle tam historii.

Na ścianach dużo zdjęć, w szufladach wycinki z gazet. Jest dużo piłkarskiego sprzętu: korki, koszulki, spodenki, getry, dresy. Do tego proporczyki, piłki. I szalik Barcelony. – Wnuk mi przywiózł – uśmiecha się Liszka.

– Kojarzysz, co wydarzyło się 4 sierpnia 1985? – pytam.

– W 1985 to ja grałem w piłkę – odpowiada w swoim stylu. – Czy byłem zestresowany, bo to był pierwszy mecz w drugiej lidze? Ja nigdy nie jestem zestresowany, no co ty! Mam grać, a nie się stresować. Na starcie to był trudny dla nas mecz, bo jednak Radomiak był świeżo po spadku. Ale za dużo nie pamiętam z tego spotkania. Nawet pytałem o to kibiców, którzy siedzą na ławce przed blokiem – widziałeś ich. Nie kojarzyłem nawet, że ten pierwszy mecz był rzeczywiście z Radomiakiem, ale oni pamiętali. Myślałem, że z GKS Jastrzębie. W tamtych czasach wysłałem bratu zdjęcie z meczu, a na nim dużo ludzi na trybunach. On do mnie: ty, to gdzie ty grasz? A ja: jak gdzie, w Nowej Soli! [uśmiech].

Mirosław Liszka pokazuje mi wycinki z prasy. Jeden z artykułów dotyczy meczu Dozametu ze Stalą Stocznia Szczecin. Dla Liszki szczególnego, bo wcześniej grał w szczecińskiej Arkonii. Ze Stalą strzelił na 1:0 i to była bramka zwycięska. „Słaba gra napadu zmusiła trenera Wanata do wypróbowania Liszki w roli napastnika – czytam w artykule. – Zawodnik ma pewne predyspozycje do gry na tej pozycji. Grając w Arkonii, często po długich rajdach zdobywał bramki”. I dalej: „W 29. minucie Liszka otrzymuje podanie od Krzyśkowa i po minięciu kilku rywali kieruje piłkę do bramki”.

– Czterech okiwałem, do tego bramkarza i strzeliłem do pustej. Widziałeś: jest napisane. To był dla mnie najważniejszy mecz w Dozamecie – nie ma wątpliwości Liszka. – Dla mnie to było osobiste, bo wielu z zawodników Stoczni grało wcześniej w Arkonii.

Czasami Mirosław Liszka schodzi do piwnicy, siada i przegląda archiwalia. Wspomina, bo ma co.

Duma

Romuald Wojno jako 19-, 20-letni chłopak w drugoligowych czasach wchodził na boisko z ławki. Był w kadrze meczowej z Radomiakiem, choć nie wszedł na plac gry.

– Zawsze było tak, że dzień przed meczem, po ostatnim treningu, jechaliśmy do Nowego Miasteczka na krótkie zgrupowanie i tam nocowaliśmy – wspomina Wojno. – Z rana, po śniadaniu, wyruszaliśmy już na mecz. Wiesz, co mi się pierwsze rzuciło w oczy, jak zajechaliśmy autobusem pod stadion? Ogrom ludzi przed kasami! Wcześniej nie było aż tylu kibiców. Już półtorej godziny przed meczem trochę ludzi zgromadziło się na trybunach. Na pierwszy mecz, tak to zapamiętałem, przyszło 6-7 tys. kibiców. Czuć było atmosferę święta, bo przecież tutaj nigdy nie było drugiej ligi.

– Dlatego stres był szczególny? – dopytuję.

– Chyba każdemu się udzielał – odpowiada Romuald Wojno. – Co prawda chłopaki, którzy do nas przyszli – np. Jerzy Benke ze Śląska Wrocław – wcześniej grali przy takiej publiczności w ekstraklasie, ale dla wielu z nas to była nowość. No i duma, że uczestniczymy w czymś historycznym. W drużynie po awansie nie było dużo wychowanków. 19-latek z Nowej Soli traktował to jako wyróżnienie. Takie coś zostaje w człowieku.

Armia zaciężna

Józef Śnieżko ze swoimi kolegami z zespołu – m.in. Zbigniewem Mikuliszynem czy Zbigniewem Pawem – wybudowali w trzeciej lidze podwaliny tego, co wydarzyło się w sezonach 1985/1986 i 1986/1987. – Zrobiliśmy tutaj piłkę na poziomie – mówi mi wieloletni piłkarz Dozametu.

– Datę 4 sierpnia 1985 kojarzę, ale musisz mi podpowiedzieć, co wtedy się wydarzyło – śmieje się. Bo kiedy graliśmy w drugiej lidze, on reprezentował już Lechię Zielona Góra. – Ale byłem na meczu z Radomiakiem na trybunach. Wspominam to miło, to były dobre, ale krótkie czasy – przyznaje Śnieżko. – Ludzi przyszło dużo, ale za trzeciej ligi też stadion był wypełniony co mecz, po 3-4 tys. ludzi. Nie wiem, czy dożyję takiego momentu, ale chciałbym, żeby te czasy wróciły. Żebyśmy zrobili znowu tę trzecią ligę.

Józef Śnieżko jednak gorzko dodaje: – W drugiej lidze do Dozametu przyszła armia zaciężna, a jak spadliśmy – nowosolska piłka siadła.

Marek Kakała, w Dozamecie grał kilka lat przed awansem: – Nie przywiązuję wagi do takich symbolicznych dat. Ale tak, byłem na Radomiaku. Dla nowosolan mecze w drugiej lidze to była atrakcja.

Kakała wspomina zegar, który odliczał minuty podczas meczu. Był zawieszony na dzisiejszym pawilonie, gdzie są szatnie. Kierownik jednego z wydziałów firmy Dozamet, pasjonat piłki, zrobił ten zegar ze swoimi pracownikami na szybko, by zdążyć na drugą ligę.

– Jak dobrze pamiętam, na inauguracji grała też zakładowa orkiestra – mówi Marek Kakała. – Wszystko z dużą pompą. Ale jakbym już miał odtworzyć skład z pierwszego meczu, byłoby trudno.

Czytam mu listę zawodników. Opowiada mi, kto pochodzi z powiatu nowosolskiego, a kto przyjechał z innych części województwa i kraju. Wychodzi na to, że z naszych chłopaków w kadrze z Radomiakiem byli Eugeniusz Matkowski, Ireneusz Połoński, Henryk Kaim, Marek Jóźwiak i Romuald Wojno. Dziś naszym można już nazwać Mirosława Liszkę, skoro w Nowej Soli mieszka od 35 lat.

58,5 tysiąca

Arkadiusz Kirchner pracuje w Miejskim Ośrodku Sportu i Rekreacji w Nowej Soli. Jest spikerem na meczach Arki. Podkreśla rolę piłkarzy, którzy wywalczyli awans do drugiej ligi. Wymienia m.in. Tadeusza Babija, Tadeusza Stępińskiego, Zbigniewa Gurgacza, Grzegorza Szałatę czy Marka Banaszaka.

Na stole rozkłada archiwalne zdjęcia i wycinki z gazet dotyczące Dozametu. Na kartce napisał podsumowanie dwóch sezonów w drugiej lidze. Jest lista strzelców, a na niej numerem jeden Morawski, który do Dozametu przyszedł ze Szprotawy. Według tej statystyki w dwa lata zdobył 15 bramek.

Kirchner rozpisał też liczby dotyczące widzów. Z nich wynika, że pierwszy sezon obejrzało w Nowej Soli 58,5 tys. ludzi. Średnia na mecz: 3,9 tys.

Na jednym ze zdjęć jest z żoną na trybunach. Graliśmy wtedy z Szombierkami Bytom. Nad nimi stoi z 10 milicjantów, bo wtedy na meczach milicja pilnowała porządku.

– Spotkania w Nowej Soli były tradycyjnie w niedzielę o 11.00 – wspomina Arkadiusz Kirchner. – Jeśli chodzi o Radomiak, musieliśmy z kolegami być już godzinę przed, żeby zająć jakieś miejsce. Teraz mamy na stadionie plastikowe siedzenia, a wtedy były drewniane ławki – po jednej i drugiej stronie. A, no i była trybuna honorowa – odgrodzona tymi rurami, które są do teraz. Tam siadały, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, VIP-y: działacze partii, ale nie tylko. Na łuku nie było miejsc siedzących, ale ludzie tam stali, bo chcieli się jakoś pomieścić. Stadion pękał w szwach. Był wypełniony w całości i to robiło wrażenie. Wtedy na meczach nie było w ogóle żadnych zadym, panował spokój. Radomiak nas dusił, w końcu to był spadkowicz z ekstraklasy. My nadrabialiśmy bieganiem, walką. Pamiętam, że trener Wanat mówił czasem do chłopaków: nie jesteście żadnymi wirtuozami techniki, macie wszystko wybiegać, dlatego na treningach musicie zapier…!

Kirchner podkreśla, że te mecze były świętem piłki nożnej. Z miasta na stadion spływało morze ludzi.

– A po meczach co robiliście? – pytam.

– Podczas powrotu do domów trwały np. dyskusje na zasadzie „ten miał podać temu” albo „po co on faulował!” [uśmiech]. Analizowaliśmy. Człowiek się cieszył, że mógł oglądać mecze z tak dobrymi drużynami.

Kibic Dozametu wspomina znanych piłkarzy, którzy grali w ówczesnej II lidze: Romana Szewczyka, późniejszego reprezentanta Polski z Szombierek Bytom, czy 18-letniego Mirosława Trzeciaka z Gwardii Koszalin.

– To były niesamowite czasy – mówi melancholijnie. – Mecze meczami, ale jeszcze były treningi. I na zajęciach treningowych bywało więcej ludzi, niż teraz chodzi na mecze Arki. Pamiętam, że na potyczki wyjazdowe kibice jeździli autobusami zakładowymi Dozametu.

Bulzacki z Wembley

Kolejny sezon w drugiej lidze był już gorszy. Sławny Mirosław Bulzacki, który w 1973 grał z Anglią na Wembley, trafił wtedy do Dozametu. – Nie pomogło. Podejrzewam, że nie było już tyle pieniędzy, żeby to wszystko utrzymać – domyśla się Arkadiusz Kirchner. – Warto wspomnieć, że w drugim sezonie zaczęli u nas grać m.in. Mieczysław Sobczak i Rajmund Walter, wujek Gracjana, dziś piłkarza Arki.

Modlitwa za Dozamet

– 4 sierpnia 1985 zagraliśmy pierwszy mecz w drugiej lidze… – tak zaczynam rozmowę ze Zdzisławem Busztą, kibicem, który na domowych meczach jest zawsze.

– … Pamiętam! Zagraliśmy z Radomiakiem – przerywa mi. – Byłem na tym meczu z synem. Jakie są wspomnienia? Pozytywne. Jakbym poszperał, znalazłbym takie stare gazety z tamtych czasów. Morawski wtedy strzelił, nie? To było wyjątkowe spotkanie. Pamiętam, że robili w radiu transmisję na całe województwo. Przypominam sobie ten wypełniony stadion, bo traktowaliśmy to jako wielką uroczystość dla Nowej Soli. Była ładna, słoneczna pogoda. Od rana żyłem tym meczem, wcześniej poszedłem do kościoła.

– Żeby pomodlić się za dobry wynik?

– Tak jest [śmiech].

– I jak tak wspominamy, o czym pan myśli?

– Łezka się kręci, ale – taką mam nadzieję – przyjdzie jeszcze czas, że zakręci się znowu.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

2 thoughts on “Rocznica debiutu Dozametu w drugiej lidze. To były złote czasy naszego futbolu

  • 4 sierpnia 2021 at 19:59
    Permalink

    Zajebisty felietonik. Fajne pióro. Pozdrawiam

    Reply
    • 5 sierpnia 2021 at 09:20
      Permalink

      Panie Pawle, dziękuję serdecznie za miłe słowa, bardzo mi miło 🙂 pozdrawiam również!

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content