Saga rodu Miśkiewiczów

Muzyka potrafi wpływać na ludzkie losy, nie tylko pojedynczych osób. Sztandarowym przykładem muzycznej wielopokoleniowej familii z naszych okolic jest rodzina słynnego saksofonisty jazzowego z Kożuchowa, który przygrywał np. prezydentowi USA Clintonowi. Jego rodzice – Michał i Leokadia – pochodzą z Wielkopolski, choć przeznaczenie skrzyżowało ich losy już na Ziemi Lubuskiej

Leokadia Miśkiewicz, która 1 grudnia skończyła 94 lata, ma muzyczne korzenie. – Mój dziadek grał na skrzypcach, ojciec, Stanisław Marciniak, m.in. na dudach, a brat także był muzykiem. W naszym domu były dudy, skrzypce, a w drzwiach stał kontrabas, na którym grała moja siostra. Kiedy mój brat Franek był w wojsku, podczas manewrów stacjonowali u nas dowódcy oddziału, a żołnierze zajęli stodoły. Przez trzy dni wieczorami balowaliśmy, a ja mając 12 lat tańczyłam z oficerami. Tato miał morgi i elegancką bryczkę. Zaprzężonymi końmi ubranymi w puszory, z bransoletami na czołach, woził nowożeńców; miał na głowie cylinder. Nawet tamtejszy ksiądz wolał jeździć bryczką Marciniaka. Cała rodzina męża, oprócz czterech sióstr, grała na instrumentach, a czterej jego bracia muzykowali po okolicznych weselach – wspomina mama Henryka Miśkiewicza.

To były przedwojenne czasy, nie było telewizji ani radia, tylko gramofony nakręcane na korbkę i stare płyty ebonitowe. Niewiele było trzeba, żeby dobrze się bawić.

Później nadeszły czasy wojennej pożogi. Marciniaków wysiedlono z wioski, podobny los spotkał siedmiu gospodarzy z rodzinami i dobytkiem. – Hitlerowcy krzyczeli: raus! A obok stały już przygotowane do wywózki wozy konne. Później znaleźliśmy się w łagrze w Łodzi, skąd na dwa tygodnie wysłano nas do Piotrkowa – mówi pani Leokadia. Tymczasem w innym miejscu Wielkopolski młody mężczyzna Michał Miśkiewicz, urodzony w Szypłowie 106 lat temu, kończy w Krotoszynie półroczną Szkołę Podoficerską 56. Pułku Piechoty Wielkopolskiej i otrzymuje nominację na starszego strzelca.

W 1939 roku z 68. Pułkiem Piechoty bierze udział w kampanii wrześniowej i dostaje się do niewoli.

Rowerem na porodówkę

Pani Leokadia wspomina, że Michał nauczył się czytać nuty u organisty w swojej miejscowości, ale był klarnecistą samoukiem. – Mieszkał w Kożuchowie chyba od 1946 roku, jeszcze za kawalera, a na kolei pracował już przed wojną. Skierowano go na Ziemie Odzyskane po kursie w Poznaniu. Ja przyjechałam tutaj rok później i wtedy się poznaliśmy. Ślub wzięliśmy w powiecie jarocińskim. Mieszkaliśmy w Kożuchowie, gdzie urodziła się starsza córka Barbara, jednak mąż, jako toromistrz w PKP, dojeżdżał do pracy w Starej Koperni pociągiem około 23.30, a wracał następnego dnia około 18.00. Był kierownikiem grupy roboczej, pisał raporty i przygotowywał swojego następcę. Przez ten okres, trwający trzy lata, przeprowadziliśmy się do Starej Koperni, gdzie mieszkaliśmy w willi niedaleko dworca kolejowego. Dobrze wspominam ten czas, dookoła spokój, las i grzyby. W tym czasie urodził się Henryk, a mąż na porodówkę do szpitala w Żaganiu wiózł mnie pięć kilometrów rowerem, na ramie – śmieje się pani Leokadia.

Michał Miśkiewicz już w tym czasie grał w zespole muzycznym. – Zaoszczędziliśmy 90 tys. zł, a on mówi do mnie: jeszcze jedna wypłata i kupię nowy saksofon, który kosztował 100 tys. zł. Niestety, w tym czasie była wymiana pieniędzy, o której nie dowiedzieliśmy się od razu, bo choć od Rosjan mieliśmy radio, nie podłączono nam jeszcze prądu. Saksofon sopranowy ostatecznie został kupiony, kiedy wróciliśmy do Kożuchowa – wspomina kobieta. Muzyk niedługo cieszył się nowym instrumentem – padł ofiarą złodzieja. Na szczęście saksofon się odnalazł, a owego złodzieja przy okazji zdemaskowano. Później na świat przyszła młodsza siostra muzyka Grażyna Szumska.

Tajemnica małpy w okularach

Miśkiewiczowie zamieszkali w domu przy ul. Dworcowej, a ich sąsiadem z pierwszego piętra został grający na flecie pan Ruszkiewicz z podkręconym sumiastym wąsem – zawiadowca stacji, którego syn Wojciech gra na skrzypcach. W domu obok mieszkał tata Jacka Rybackiego związanego z grupą Kleksy. Z drugiej strony przy lipowej alei żyła rodzina Popławskich.

Z Januszem Popławskim jazzman Miśkiewicz poznał się, o dziwo, gdzieś w Polsce, kiedy byli już uznanymi muzykami. – W domu odwiedzał nas za to ojciec Janusza, Adam Popławski, mówiąc o tym, jak ten leczył się za granicą. Ojciec Janusza grał z moim mężem w jednej orkiestrze dętej, pierwszy na bębnach, drugi na klarnecie. Nasz dom był zawsze wesoły, odbywały się tutaj próby muzyków – mówi seniorka muzycznego rodu.

Leokadia Miśkiewicz pamięta nazwiska muzyków grających z jej mężem w pierwszym zespole, co jest niezwykle cenne, zważywszy na szmat czasu, jaki upłynął. To chyba jeden z pionierskich składów muzycznych w tym rejonie: – Akordeonistka z rynku Andrzejewska, fotograf Markowski grający na banjo, skrzypek Barłóg – bardzo rozrywkowy człowiek, perkusista Żak i mój mąż klarnecista Michał Miśkiewicz – wymienia czynna krawcowa.

Edward Gurban, dziennikarz lubiący tematy muzyczne, kojarzy, że zaraz po ostatniej wojnie istniał zespół o nazwie Zgoda. – Rzadko kiedy zdarzało się, że w jednym składzie grali nowosolanie i kożuchowianie. Zespół o tej nazwie jest jednak jednym z wyjątków od tej reguły.

Miśkiewicz i Popławski grali przecież także w Nowej Soli, choć byli z Kożuchowa. Pierwszy z nich w Restauracji Polonia, a drugi w słynnych Błękitnych Gwiazdach – mówi dziennikarz.

Na starej fotografii na bębnie widnieje napis: ZESPÓŁ „ZGODA”. To prawdopodobnie kożuchowski skład wymieniony przez panią Leokadię. Jednak na innym widać chyba tylko jedną osobę z poprzedniej fotografii. Bęben jest ten sam. – Zaraz po wojnie grał nowosolski muzyk o nazwisku Drozdowski, którego osobiście nie znam, czy perkusista Swoboda. Kiedy zaczynałem grać w latach 60., wystąpiłem ze starszym muzykiem, którego jeszcze nieraz spotykam, jak jeździ rowerem. Może to jeden ze Zgody? – zastanawia się Edward Gurban.

Tylko na jednym zachowanym zdjęciu dokładnie widać, co oprócz nazwy zespołu widnieje na bębnie – to małpa pod krawatem, trzymająca w chwytnej kończynie okulary. Co miał symbolizować ssak w pierwszych latach na Ziemiach Odzyskanych, kiedy po tej stronie Odry potępiano wszystko, co kojarzyło się z drugą stroną żelaznej kurtyny? Teraz jest być może ostatni moment, kiedy jeszcze wśród żywych świadków możemy odnaleźć wyjaśnienie tego niezwykłego rebusu.

Stateczkiem po Odrze

Michał Miśkiewicz później na dłużej związał się z zespołem Stanisława Franczewskiego (akordeon). Na jednym ze zdjęć widać, jak obok taty na klarnecie gra także młody Heniek. Melo Quintet tworzyli: Mikołaj Fita (trąbka), Tadeusz Purtak i Michał Miśkiewicz (saksofon). Na perkusji grywali m.in. Jan Rybak, Roman Kędzierski i Zdzisław Szymański z Mirocina Górnego. Gra takich zespołów dawała możliwość chwilowej ucieczki od socjalistycznej codzienności. Do kożuchowskiego kasyna wojskowego zawitał w tym okresie Jan I. Sztaudynger, który wymyśloną fraszką „Moja ciotka miała dziecko z Armią Radziecką” wprawił w osłupienie całą elitę zasiadającą przy stolikach. Takie to były czasy, kiedy poczucie humoru i tworzenie kultury było czasem balansowaniem na linie nad przepaścią.

Saksofonista Roman Gierszewski trzymał do chrztu Krzysztofa Kalę, syna starszej siostry Henryka Miśkiewicza, w zastępstwie muzyka, który miał bardzo pilne sprawy zawodowe. – Impreza odbywała się w domu seniorów rodu i ktoś nawet przygrywał na pianinie – wspomina Danuta Gierszewska, wdowa po muzyku. Obaj panowie znali się od początku muzycznej edukacji w kożuchowskim ognisku muzycznym.

Roman Gierszewski, z którym mieliśmy okazję wcześniej rozmawiać, pamiętał wspólne występy z Miśkiewiczami – także poza Kożuchowem. – Były muzyczne rejsy po Odrze organizowane przez kolejarzy, najprawdopodobniej w latach 1962-1963. Grali podczas nich muzycy zespołu Franczewskiego z Michałem Miśkiewiczem. Pływaliśmy wtedy cały dzień z rodzinami, chyba w kierunku Krosna Odrzańskiego i z powrotem – mówił muzyk.

Artur Lawrenc z „Tygodnika Krąg” przypomina sobie, że w pierwszych latach pływania nowosolskich statków Zefira i Laguny odbywały się rejsy specjalne dla oficjeli. – Podczas jednego z nich zaproszono na pokład zespół Dubai Dixie Band. Uczestnicy tego rejsu wspominali, że kiedyś grający muzycy pływali na statkach po Odrze i nie były to wcale odosobnione przypadki – potwierdza nasz dziennikarz.

Grał to, czego chcieli

Edward Nowośnicki, kożuchowski muzyk, Michała Miśkiewicza zna, odkąd sięga pamięcią. – Jako uczeń podstawówki widziałem, jak gra, a z Heńkiem chodziłem do społecznego ogniska muzycznego. Mam zdjęcie, na którym jest ośmioro młodych akordeonistów z kożuchowskiego ogniska muzycznego podczas występu w nowosolskiej Odrze, są tam jeszcze Kejza i Matkowska, Lidia Dobromilska. W klasie klarnetu oprócz nas był jeszcze Roman Gierszewski, późniejszy członek Rubinów, basista słynnego zespołu Waganci Henryk Łużny, Danuta Paruszewska – wspomina członek zespołu HEJ. Po skończeniu technikum mechanizacji i rolnictwa w Strzelcach Krajeńskich, gdzie był członkiem Sygnetów, pan Edward grał w kożuchowskim Matadorze. – Później Michał Miśkiewicz zaproponował mi wspólną grę w zespole. Wykonywaliśmy muzykę typowo weselną, zabawową. Było nas czterech: pan Michał, Stanisław Łosyk, dobry akordeonista i fajny kumpel, Marek Witkowski, perkusista z ul. Hożej w Kożuchowie i ja. Trwało to trzy-cztery lata. Liderem cały czas był Michał Miśkiewicz. On wszystko miał poukładane w głowie, to był bardzo duży talent muzyczny, który potrafił grać wszystko, czego sobie ludzie życzyli. Kiedy na topie była Anna Jantar, to wystarczyło, że trochę posłuchał melodii i już je grał na saksofonie altowym, a my próbowaliśmy dotrzymywać mu kroku. Graliśmy jeszcze w czasach zimy stulecia (1978-1979) – mówi z przejęciem pan Edmund.

Kieliszek wódki na czole

Barbara Kala z nostalgią wraca do czasów, gdy żył jej tata. – Zawsze kiedy zbliżała się we wrześniu data jego imienin, nie mogliśmy się doczekać tego dnia. Rano, o 4.00 najpierw można było usłyszeć „Kiedy ranne wstają zorze”. Później orkiestra jeszcze za drzwiami grała „Sto lat”. Wspominamy to do dzisiaj, było to coś pięknego. Mama przygotowała poczęstunek. Jeden z muzyków robił np. stójkę z kieliszkiem wódki na czole. To były piękne, niezapomniane czasy. W podobny sposób „witano” kiedyś m.in. Michała Uriadkę i dyrektora Polmo Edmunda Maślankowskiego – mówi pierwsza wokalistka Kleksów. Halina Woźniak była podobnie witana w imieniny, co załatwiał z orkiestrantami Adam Popławski.

Pani Barbara z Kleksami występowała nie tylko w zakładowym domu kultury, który mieścił się w późniejszej restauracji Agawa. – Koncertowaliśmy także na wioskach. Chociaż mnie namawiano, nie mogłam dłużej występować, bo miałam już pracę. W 1968 rada zakładowa zakładu A-20 w Kożuchowie wysłała do Świebodzina na ogólnopolski konkurs piosenki młodzieżowej. Śpiewałam tam utwór Kasi Sobczyk – mówi siostra muzyka jazzowego.

Leokadia Miśkiewicz pamięta, że do występów scenicznych uszyła starszej córce piękną suknię. Bycie członkiem klanu Miśkiewiczów ma swoje przyjemne strony. – Przy okazji koncertów „Miśka” poznałam wielu artystów. Jestem na ty z Ewą Bem, Urszulą Dudziak, Hanią Banaszak, Anią Jopek, która mówi o nas siostry Heniowe – uśmiecha się Barbara Kala. W domu pani Leokadii widziałem np. jej akredytację na koncert Cesarii Evory.

Wichary wykrzesał iskrę

 

Przed ostatnim kożuchowskim występem zapytałem Henryka Miśkiewicza o wydarzenie, które spowodowało wybór jego drogi życiowej. – Z koncertem w sali zakładowego ośrodka kultury, gdzie teraz jest Netto, pojawił się prawdopodobnie w 1961 śląski zespół Zygmunta Wicharego. Miałem wtedy chyba 10 lat. To był początek jazzu w Polsce, a przyjechały same gwiazdy. Oprócz Wicharego Zygmunt Buczek, który później zaliczył chyba wszystkie topowe zespoły w kraju, Janusz Kozłowski, który później grał na basie z Namysłowskim. Wtedy załapałem feeling jazzowy – wspomina słynny muzyk.

Co mogło zauroczyć muzykalnego ucznia podstawówki? W książce Marka Gaszyńskiego „Fruwa twoja marynara” czytamy, że w latach 60. przykładowy koncert orkiestry Wicharego wyglądał następująco: sygnał na otwarcie, potem wychodził Włodzimierz Patuszyński i mówił do wiersza, przed przerwą śpiewała Katarzyna Bovery i muzycy grali tematy instrumentalne. Po przerwie znów Bovery i Bogusław Wyrobek, który śpiewał Haleya, Presleya, Paula Ankę. – Potrafił zagadać po angielsku. Miał swoje nuty, swoje aranżacje – nie wiem, od kogo to dostawał – więc nie musieliśmy spisywać muzyki z taśm. Ja grałem raz jak saksofonista od Haleya, a raz jak Boots Randolph od Presleya – wspomina Mirosław Wójcik w dziele znanego dziennikarza muzycznego.

Henryk, zarażony wirusem jazzu, już o nim nie zapomniał. Wyjechał z Kożuchowa do Wrocławia w wieku 14 lat, po siódmej klasie podstawówki. – Tam grał m.in. w orkiestrze tramwajowej, w związku z tym miał bezpłatne przejazdy liniami tramwajowymi – wspomina humorystycznie mama muzyka. Młody Miśkiewicz idzie odważnie wyboistą drogą jazzu, za co w szkole spotykały go reperkusje. W ciągu muzycznych sukcesów spotkała go chyba tylko jedna poważna klęska. Pani Leokadia nie przepada za jazzem, choć syn wielokrotnie próbował ją bezskutecznie przekonać do tego gatunku. – Słuchaj, mamo, teraz te instrumenty ze sobą rozmawiają, teraz się kłócą, teraz śmieją – przypomina urocza kobieta słowa syna, kiedy wspólnie słuchali muzyki.

Clinton nie wytrzymał

Cóż odkrywczego można napisać o karierze wielkiego saksofonisty i jego dzieci: piosenkarki Doroty i perkusisty Michała. Raczej niewiele. Zdarzają się jednak sytuacje związane z tym, jak sława w takiej skali jest kultywowana, np. w wydaniu kożuchowskim. Panią Leokadię kilka lat temu odwiedził przypadkowo Jacek Nadolski, muzyczny detektyw, poszukujący różnych kulturalnych kontekstów, zanim bezpowrotnie przepadną w mrokach niepamięci. Pomylił się tego dnia o jeden dom, bo szukał Jacka Rybackiego. Kiedy okazało się, do jakiego muzycznego sanktuarium trafił, nie obyło się oczywiście bez rozmowy. Pan Jacek zjawił się później u mnie z odbitką artykułu z Jazz Forum z czerwca 2001 roku, otrzymaną od mamy muzyka, która stwierdziła przy okazji: „Niech pan to weźmie, mamy tego więcej”. Artykuł dotyczył warszawskiego spotkania prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z prezydentem USA Billem Clintonem. Oprawę muzyczną ekskluzywnej kolacji biznesowej zapewnili: Henryk Miśkiewicz, Jan Ptaszyn Wróblewski, Wojtek Karolak, Sławek Kurkiewicz i Michał Miśkiewicz. W pewnej chwili amatorsko grający na saksofonie Clinton nie wytrzymał, zostawił przy stole Jana Kulczyka, z którym rozmawiał i podszedł do zespołu, żeby z bliska posłuchać muzyki. Po solówce Henryka Miśkiewicza prezydent USA bił brawo. Później stwierdził m.in. że nie słyszał jeszcze zespołu grającego na takim poziomie.

Kożuchowskie wakacje

Henryk raz, dwa razy w roku przyjeżdża do Kożuchowa, często przy okazji koncertów oraz wakacji, o czym mówi pani Leokadia. Pojawiają się także jego dzieci. W 2009 roku w kożuchowskim zamku rozmawiałem z Dorotą Miśkiewicz, która stwierdziła, że duża część jej dzieciństwa jest związana z tym miasteczkiem. – W każde wakacje razem z kuzynem Krzysztofem Kalą bawiliśmy się u babci Leokadii na podwórku. Pamiętam, że dziadek Michał miał takie dziwne płyty, które robiły na mnie ogromne wrażenie. To były chyba pocztówki grające. Dziadek zachęcał nas wszystkich, abyśmy uczyli się muzyki. Tato wspomina kożuchowskie czasy, kiedy był małym rozbójnikiem. Zawsze prosił dziadka, żeby pozwolił mu grać ze sobą na weselach. Grywali więc razem na dowolnym instrumencie, takim, który był akurat wolny. Zawsze ktoś zaniemógł i wtedy tata wskakiwał za perkusję albo chwytał akordeon. Tato zainteresował się jazzem jako dziecko w Kożuchowie. Przyjechał tu wtedy zespół dixielandowy, który zagrał koncert, a tato oszalał – wspomina znana polska artystka.

Młodszy brat Doroty, Michał, także miło wspomina pobyty u dziadków w Lubuskiem. – Pamiętam, jak ścigaliśmy się z Krzyśkiem kolarzówkami z górki w Czciradzu – śmieje się perkusista.

Saksofonista Krzysztof Kala, o którego najnowszym projekcie muzycznym można przeczytać na www.4bisy.pl, spędzał sporo czasu z dziećmi znanego wujka.- Jeździliśmy rowerami, graliśmy w piłkę. Razem organizowaliśmy wypady na warsztaty jazzowe do Puław – wspomina starszy kuzyn.

Muzyka jak przeznaczenie

Może gdzieś na niebiańskiej pięciolinii są spisane zdeterminowane losy muzyków. Często pasje przechodzą na kolejne pokolenia. Adam Popławski przekazał bakcyla synowi z Niebiesko-Czarnych, który dorastał w muzykalnym domu. Historia rodziny Miśkiewiczów pełna jest muzycznych tropów. Joachim Gierszewski, pionier zakładowej orkiestry, całe życie grał na tenorze. Jego syn Roman, solidny saksofonista, przez chwilę chciał uciec bezskutecznie przed muzycznym przeznaczeniem. Znając już tragiczną diagnozę, kiedy wychodził z gabinetu lekarskiego, odwrócił się i zapytał: czy ja jeszcze kiedyś zagram? Wiem o tym z relacji jego żony Danuty. Muzyka różne rzeczy wyprawia z człowiekiem. Kiedy przypominam sobie Michała Miśkiewicza, na pogrzebie którego grałem, łza kręci się w moim oku. Przez ładnych kilka lat siedzieliśmy obok siebie w sali prób. On z saksofonem altem, ja z klarnetem. Pamiętam, jak jednego razu mówił o pocztówce z rejsu sławnego syna. Po niemal 30 latach miałem okazję trzymać ją w rękach, została wysłana z Polinezji Francuskiej. Stroik paryskiego Vandorena, który mi kiedyś sprezentował, dostał od Henryka. Co powala mnie na kolana nawet po tylu latach? Spokój emanujący od zdolnego muzyka w średnim wieku, który zwyczajowo bierze partyturę do domu, aby poćwiczyć, co absolutnie nie było wtedy regułą. I szacunek okazywany innym.

Świat ma mniej do zaoferowania, jeśli nie ma na nim już takich ludzi, jak Michał Miśkiewicz czy Roman Gierszewski. A tak przy okazji: pani Leokadio, życzymy wielu lat w zdrowiu, uśmiechu na twarzy i tej adrenalinki, kiedy się wspomina o szczęśliwej przeszłości.

Józef Piasecki

(red)
(red)

Latest posts by (red) (see all)

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *