Andrzej Dela: No mam tę miłość do Odry [NAD KUBKIEM HERBATY]

Postawiłem sobie za cel, by młodzież i dzieci poznali uroki i piękno przyrody. By polubili to, co ich otacza, w czasie cyklicznych rejsów „Za jeden uśmiech” – mówi Andrzej Dela, społecznik, miłośnik Odry, w kolejnej części cyklu „Nad kubkiem herbaty”

Jestem przeważnie kojarzony z łódką – galarem. Jak to się zaczęło? W 2007 r. przypłynął flis do Nowej Soli. Ci flisacy zbudowali taką właśnie łódkę. To jest taka zmniejszona wersja o 30 proc., bo normalny galar ma 10 metrów, a mój 7. No i stoimy na nabrzeżu, a oni w łódce stoją w gumowcach. Podchodzi do mnie Wadim Tyszkiewicz i pyta: „Andrzej, czy taką łódkę moglibyśmy od nich odkupić, bo dostałem propozycję. Żeby tu turystykę po Odrze uprawiać?”.

Ja spojrzałem na tych w gumowcach. Wodę mieli po kostki. „Łódź jakaś przepływowa – myślę sobie. – No fajna łódka, ale nie będziemy się przecież namaczać co rejs. Chyba, że zagospodarujemy to jako wannę do wspólnego mycia nóg”.

I zrezygnowałem.

Oczywiście nikt do mnie o to nie miał żalu. Ale po jakimś czasie – nie wiem, może z dwa miesiące po tym flisie – zwróciła się do mnie ówczesna pani starosta Małgosia Lachowicz: „Andrzej, ja się jednak przekonałam do tej łódki i jedyna osoba, która zadba, że to będzie pływać, to ty. Dowiedziałam się od tych flisaków, że łódka konserwowana, zadbana, to i 20 lat będzie pływać”. Trochę mnie wtedy podpuszczała, jak podejrzewam. Nie byłem do końca przekonany, czy chcę wchodzić w ten interes, bo wiedziałem, że jak wejdę, to faktycznie będzie tak, jak pani Małgosia przewidziała: jak trzeba będzie deskę wymienić, to ja nie będę latał po urzędach i pisał pism, tylko sam pójdę, kupię, zrobię. I tak faktycznie było, że już po pierwszym roku łódka potrzebowała konserwacji.

Już nie będę opowiadał dnia, w którym ta nasza łódka do nas przyszła i ci flisacy zrzucili ją, a ona nam na oczach zatonęła.

Rejs

Ale później się dowiedziałem, że tak to działa, że drzewo musi napęcznieć. Dopiero po dwóch tygodniach zrobiliśmy wspólny rejs. Zdjęcie do dzisiaj jest zachowane. Wiesz, co jest fajne? Na tym zdjęciu jestem ja, siedzi Mariusz Pojnar, siedzi Zbyszek Bona, pani starosta, no i dziewczyny – chyba ze „Spożywczaka”, już teraz nie pamiętam dokładnie. Wśród nas siedzi też 10-letnia dziewczynka. Dziś ta dziewczynka to już jest pani Natalia, która właśnie robi magistra. Miłe, prawda?

Ale wróćmy do historii. W 2008 r. dostałem instrukcję od flisaków, jak o łódź się zatroszczyć. Po napęcznieniu desek trzeba było łódkę odwrócić do góry nogami i zabrać się za smołowanie. Powiem szczerze, pomyślałem sobie: „XXI wiek, a my smołujemy, jakieś pakuły wsadzamy między deski. Nie. Tak to nie może być”. Wtedy z Markiem Skrzypczakiem zdecydowaliśmy, że ją pokryjemy żywicą. Ale chciałem wysondować, co myślą ci, którzy się naprawdę znają na szkutnictwie. Mówili mi: „Andrzej, przestań. To sztywne. Drzewo pracuje, to ci to będzie odpadać”.

Wstrzymałem się więc w pierwszym roku. Ale jak mi już bobry zaczęły rufę podgryzać, to powiedziałem dość. Poza tym cały czas walka z żywiołem, wybieranie wody itd. Z tego powodu cztery-pięć lat temu pokryliśmy łódź do połowy sześciowarstwową skorupą z żywicy. Od razu ustał problem z nabieraniem przez łódź wody. Jedyny problem z wodą mieliśmy wówczas, gdy pojawiała się deszczówka. Wobec tego pojawił się w galarze daszek i podniesione boki. Doszedłem do wniosku, że bardzo dobrze, że deska jest z jednej strony odkryta. Skoro jest od spodu zamknięta, to od wierzchu musi oddychać i normalnie pracować. Inaczej by butwiała.

I przestałem się w końcu martwić. Po prostu zamontowałem pompkę.

W międzyczasie powstał projekt Odra Tour, wzorując się na wspaniałych poprzednikach – i tu chylę czoła – pomysłodawcach Odra Adventure. A to już przygoda moja ze Zbyszkiem Boną, Marianem Lauem, młodzieżą z „Elektryka” i Niemiec. Gdy za namową prezydenta miasta zbudowaliśmy wspólnie trzy tratwy nazywające się Marina, Marianna i Adela. Popłynęliśmy tymi tratwami do Kostrzyna. Jak dopłynęliśmy tam, to gdyby nie pomoc pracowników MOSiR-u, może i do dzisiaj byśmy je rozbierali. Doszliśmy do wniosku, że jeśli będziemy jeszcze planować rejsy tratwami, to już bez demontażu.

Zaplanowaliśmy taki spływ do Eisenhüttenstadt i tratwy stamtąd wróciły o własnych siłach. To była ciekawa wyprawa, bo w jedną stronę płynęliśmy tydzień z prądem, a z powrotem – dwa dni pod prąd. Może coś jest na rzeczy, że lepiej płynąć pod prąd? Oczywiście żartuję.

Tratwy były ciągnięte sporą część drogi przez holownik do Cigacic. Później z Cigacic przepłynęliśmy trasę na własnych silnikach. Lokalnie tratwy też były wykorzystywane, np. zorganizowane grupy ludzi płynęły sobie na wyspę do Kiełcza, żeby pooglądać ptaki, zachwycić się przyrodą. Wierz mi, jest czym.

Za jeden uśmiech

Z uroków Odry najciekawsze jest wieczorne podglądanie bobrów. Wówczas sobie przypływają z drugiego brzegu na żerowisko. Bobry mają na Odrze swoje ulubione zatoki. Tu, gdzie teraz jesteśmy, mieszka bobrza rodzinka z trzema młodymi. To ich rewir. Tak się z nami oswoiły już, że można do nich podejść i zdjęcia im robić. Wiedzą, że nie jesteśmy dla nich wrogiem.

Choć akurat w przyrodzie człowiek jest naturalnym wrogiem wszystkiego, co się rusza. Postawiłem sobie za cel, by dzieci i młodzież poznali uroki i piękno przyrody. Polubili to, co ich otacza, w czasie cyklicznych rejsów „Za jeden uśmiech”.
Powiem ci szczerze: gdyby mi ktoś powiedział 50 lat temu, że będę pływał po Odrze i ludzi namawiał do poznawania rzeki, że będzie mi to sprawiać frajdę – nie uwierzyłbym.
Bo 50 lat temu Odra była dość charakterystyczna w zapachu. Poszedłem kiedyś z kolegami z dzielnicy pokąpać się, choć moja mama zabroniła mi się kąpać w rzece. Wróciłem do domu. Spytała, gdzie byłem. Coś tam jej odpowiedziałem, że na Kocim Stawie byliśmy. Mama nie dała się podejść i wiedziała, że się kąpałem, ale nie w stawku. A ja uparcie brnąłem w swoją prawdę. Ale sprawa się rypła, bo końcu powiedziała: „Przecież cuchnie od ciebie fenolem!”. Dlatego nie wydawało mi się możliwe, żebym kiedykolwiek chciał po Odrze pływać i ją podziwiać.

Dzisiaj rzeka ma V klasę czystości, ponad 40 gatunków ryb, zadomowiły się: czapla siwa, bieliki, kanie czarne, kanie rude, różne gatunki kaczek, rybitwy białoczelne, rybitwy czarne – te pamiętam.

No mam tę miłość do Odry. Każdy z nas ją ma. Nie ma chyba człowieka w Nowej Soli, który nie byłby nad Odrą. Jak zrobiono tu bulwary nad kanałem, ludzie zaczęli chętnie spacerować z rodzinami.

I jestem z Odrą związany. Jak mięsa nie można było kupić, a kolega trzymał fretki i czymś je trzeba było karmić, to szliśmy nad Odrę i uklejki łapaliśmy.

W 2000 r. pojawił się w moim życiu Stanisław Dąbrowski, który zaproponował mi członkostwo w zarządzie klubu kajakarskiego – wtedy zaczęła się moja pasja i przygoda na rzece. Jestem pełen nadziei, że wspólnie się uporamy z tym badziewiem, przepraszam, zarazą, jaka teraz panuje.

Wtedy zapraszam nad Odrę i w okolicę, by odreagować.

Mam nadzieję, że na początku maja łódka już będzie na wodzie.

Od czerwca do końca wakacji ruszam jak co roku i będę woził dzieci po rzece. A w międzyczasie zorganizujemy z Adamem i Mirkiem spływ smoczymi łodziami do portu w Bobrownikach.

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content