Rozmowa z Lechem Bekulardem, człowiekiem orkiestrą [30. ROK „TYGODNIKA KRĄG”]

Na stronie Radia ProRock, w którym prowadzi wywiady z muzykami rockowymi, mówi o sobie: „Kiedy się kocha muzę, to podąża się za nią w różne świata strony. Ja podążam za nią wzdłuż i wszerz kraju nad Wisłą, wyrywając prawdę o wykonawcach z ich ust, przez co noszę miano lotnego reportera”

Lech Bekulard to postać w Nowej Soli (i poza nią) znana i ceniona. Przeważnie kojarzony z estradą, z zawodu technik elektryk, a z zamiłowania: dziennikarz, konferansjer, organizator koncertów i imprez kulturalnych, juror festiwali. Bywało, że i komentator sportowy. Człowiek wielu talentów i wielu pasji.

***

Marta Joanna Brych: Zachodzę w głowę, skąd wziął się elektryk na estradzie. Od czego się zaczęło?

Lech Bekulard: Od „Tygodnika Krąg”, żeby było dowcipnie. Przez cztery lata pisałem dla gazety. Cykl nazywał się „Podróże małe i duże”. Nawet podziękowania otrzymywałem z ambasad za popularyzowanie piękna odwiedzanych krajów na łamach tygodnika.

Świat mnie ciekawił, więc jeździłem za granicę. Pierwszy mój wyjazd miał miejsce, gdy jeszcze pracowałem w Polkowicach w kopalni. Jeździliśmy wówczas na Węgry i do Bułgarii. I to były naprawdę elitarne wyjazdy, bo w tamtych czasach podróżowanie za granicę było bardzo utrudnione.

Z Lubina, gdzie mieszkałem, do Nowej Soli przeprowadziłem się z powrotem w 1983 r., rok po tej „wojnie” w Lubinie, kiedy przy mnie zginął Trajkowski, jeden z uczestników pokojowej manifestacji zorganizowanej 31 sierpnia 1982 w rocznicę Porozumień Sierpniowych. Do uczestników manifestacji funkcjonariusze milicji i ZOMO otworzyli ogień. W efekcie zabito trzy osoby, a 11 raniono.

Moje liczne wyjazdy zaczęły się w 1990. W zasadzie cała Europa, Wyspy Kanaryjskie. I w czasie, kiedy o tych podróżach pisałem, miałem sklep odzieżowy na skrzyżowaniu Placu Wyzwolenia i ul. Moniuszki. Ludzie przychodzili do sklepu i mówili: ja też tam byłem, brałem ze sobą tygodnik i jechałem z nim jak z przewodnikiem, po kolei zwiedzałem. Opowiadali, że szli szlakiem, który wcześniej na łamach gazety dokumentowałem. Swego czasu myślałem nad tym, czy nie napisać książki na ten temat z tytułem „Przewodnik nieco inaczej”, ale zaprzestałem i jakoś do tego pomysłu już później nie wróciłem.

Gdy byłem w Irlandii, dziennikarz radia Dublin City FM Jacek Jaszczyk zasugerował mi, że powinienem spisać te swoje wrażenia z podróży. Stwierdziłem, że na bieżąco mam zbyt wiele różnych innych wrażeń i zajęć, by zagospodarować większą ilość czasu na spisywanie tamtych dawnych przeżyć. I z tego powodu nie wracam do pomysłu napisania przewodnika.

W zasadzie masz pokaźny materiał bazowy zgromadzony w swoim cyklu z „Tygodnika Krąg”. Samo się prosi o zebranie tego w książkę.

No wiesz, teraz to już jest trochę archaiczne. Ludzie w tej chwili wszędzie mogą wyjechać, tylko kasa jest warunkiem koniecznym podróży. Jak masz kasę – nie ma granic. Wtedy mogłaś mieć kasę – choć tak naprawdę tej kasy to ludzie akurat nie mieli – a wyjeżdżanie, poznawanie, zwiedzanie świata było i tak bardzo ograniczone.

Przystanek Woodstock

Powiedziałeś, że twoja działalność okołomuzyczna zaczęła się właśnie od „TK”.

Gdy pisałem jeszcze dla gazety, wyjechałem na Przystanek Woodstock do Żar. W tamtym czasie radio podawało, że tam jest bandytyzm, zabijają, okradają, więc zostawiłem swój sygnet, złote ozdoby, zegarek – to, co miałem cennego – żeby mnie nie okradli, nie pobili. I pojechałem, żeby się przekonać, jak tam jest naprawdę.

Wtedy zobaczyłem, że te mity na temat festiwalu to bzdurne, wierutne kłamstwo.

Rok później pojechałem na Przystanek jako akredytowany dziennikarz z „Tygodnika Krąg”. Pisałem artykuły o Woodstocku. Jeden z nich znajduje się nawet w archiwum WOŚP, bo doprowadziłem do spotkania bpa Dajczaka z Owsiakiem. Dajczak zawsze przyjeżdżał na Woodstock z młodzieżą w ramach Przystanku Jezus. W okresie, gdy Woodstock został przeniesiony do Kostrzyna nad Odrą, wybuchła jakaś chryja. Na Jurka Owsiaka rzucano kalumnie, spadł na niego ogromny hejt i niefajne rzeczy się działy wokół orkiestry z tego powodu. W efekcie zrezygnował z udzielania miejsca dla niebiesko-białego namiotu Przystanku Jezus. Umówiłem się z Dajczakiem, a jednocześnie uprzedziłem Owsiaka, że wybieram się na spotkanie z biskupem i spytałem, czy gdybym z nim pogadał, mógłby tu przyjść. Jurek odpowiedział: „Jasne. Zawsze. Nie ma problemu”. Robiłem wywiad z bp. Dajczakiem, była okazja porozmawiać.

Biskup powiedział wtedy, że Przystanek Woodstock, to niezwykłe miejsce i ważne jest, żeby chociaż jedna osoba tutaj przekonała się, że Bóg istnieje, bo każde nawrócenie to sukces. Zaproponowałem mu wtedy, żeby poszedł ze mną do Jurka Owsiaka. Powiedział, że spotka się z wielką przyjemnością.

Nie było mnie przy tym spotkaniu. Wiem tylko, że rozmowa trwała długo. W efekcie podjęli decyzję, że Przystanek Jezus wraca na Woodstock.

I wiesz, miłe to dla mnie było. Niby drobiazg, zwykła rozmowa, a coś pozytywnego się wydarzyło.

Nadal ważna jest dla ciebie również WOŚP. Angażujesz się w orkiestrę już od wielu lat.

Rzeczy i wspomnień związanych z WOŚP i fundacją mam tak dużo – i tak ogromnie miłych – że nie byłbym w stanie tego w kilku zdaniach opowiedzieć.

Opowiem ci jedno. Na jeden z Woodstocków nie mogłem pojechać, choć byłem akredytowany. Leżałem akurat w szpitalu. Dzwoni telefon. Odbieram. Kurde – Jurek dzwoni i pyta, dlaczego mnie nie ma. Wyjaśniłem sytuację.

Później na antenie radiowej Trójki usłyszałem życzenia Owsiaka dla mnie i brzmiały mniej więcej: zbieramy na seniorów, więc dla ciebie też, Lechu.

To było żartobliwe, ale i ogromnie sympatyczne. Przysłano mi też do domu gadżety z festiwalu, płyty, DVD zespołu Dżem, identyfikator i całą masę pamiątek. Cholernie to było miłe.

Następnego roku, gdy przyjechałem znów na Woodstock, Owsiak akurat udzielał na górze wywiadu dla telewizji. Wchodzę, Jurek do mnie macha, ja czekam. Skończył gadkę, misia walimy i pierwsze jego słowa: Lechu, jak tam twoje nogi?

Wara mi opadła. Z tyloma tysiącami ludzi ma kontakt, a o „jakimś kimś skądś tam” takie szczegóły pamięta.

Z tych WOŚP-owych pamiątek mógłbym zrobić małe muzeum: identyfikatory, płyty, certyfikaty, a nawet medale ze srebra najwyższej próby czy jubileuszowe monety Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Blues i rock

Woodstock to nie jest jedyne wydarzenie muzyczne, z którym jesteś związany.

Kiedy byłem akredytowany przez „Tygodnik Krąg” jako dziennikarz na Przystanku Woodstock, otworzyły się dla mnie różne ciekawe drzwi. Mogłem np. wejść za scenę, być w biurze prasowym, pojawiły się kontakty z muzykami, którzy występowali na scenie.

Pierwszym wywiadem, jaki przeprowadziłem, była rozmowa z zespołem Carrantuohill grającym muzykę celtycką i jej liderem Bogdanem Witą. To mógł być rok 2002-2003.

Później były inne, także niemuzyczne wywiady, np. związane z polityką.

Przez pewien czas pisałem też dla nieistniejącej już „Gazety Nowosolskiej”. I generalnie wywiadów pisałem sporo.

Ale to tylko taka wzmianka, bo miałem mówić o muzyce. Otóż gdy już nawiązałem te kontakty muzyczne, zacząłem się obracać w kręgu rocka i bluesa. Pojawił się kontakt z Andrzejem Matysikiem, redaktorem naczelnym rozprowadzanego po całym świecie kwartalnika „Twój Blues”, w którym mam zaszczyt pisać. Później zdarzenia następowały jak lawina: „Aha, piszesz w Twoim Bluesie, to przyjedź do Bolesławca na Festiwal Blues nad Bobrem i zostań jurorem”. I to było wielkie wyzwanie. Jako juror siedziałem np. obok Bartka Łęczyckiego i ocenialiśmy harmonijkę. A gdzie mi, laikowi, oceniać harmonijkę przy najlepszym polskim harmonijkarzu? Albo, na kolejnej edycji, siedziałem koło Zbyszka Lewandowskiego, tego od słynnego Lewandek Team, jednego z najwybitniejszych perkusistów i… ocenialiśmy perkusję. Zbychu wiedział, że nie jestem perkusistą, prosił mnie jednak, żebym powiedział, jak odbieram utwór, jakie mam wrażenia. I gdy oceniłem zespół Jaw Raw, który akurat grał i którego asymetrię muzyczno-rytmiczną nawet ja, laik, słyszałem, to Zbychu stwierdził: „Nie mam nic do dodania”. No, skoro Lewandowski nie skrytykował mojej oceny, to pomyślałem, że kto mi teraz podskoczy [uśmiech].

Zająłeś się organizowaniem festiwali.

Stworzyłem wspólnie z Jackiem Łapińskim „Las, woda i blues” w Radzyniu, który ostatecznie Jacek przejął. Mam lub miałem zaszczyt współpracować przy festiwalu „Blues bez barier” w Ciechocinku, „Blues nad Odrą” w Ścinawie i przy niegdyś istniejącym festiwalu w Moryniu nad Jeziorem Morzycko. Piękne miejsce, scena na wodzie. Niestety, po zmianie tamtejszych władz ktoś uznał, że w kulturę nie ma co inwestować i zlikwidowano festiwal po piątej edycji.

Z innych festiwali, w których jakoś uczestniczyłem, wymienić warto stworzoną przez Tadeusza Szechowskiego nowosolską Solówkę. Po czwartej, zdaje się, edycji – gdy Tadeusz przestał być dyrektorem NDK – przekazał mi pieczę nad festiwalem i kontynuowałem go pod przywództwem następnych dyrektorów, którzy to przedsięwzięcie akceptowali. I Solówka była pierwszym w roku kalendarzowym festiwalem bluesowym w Polsce. Na ten festiwal zjeżdżali do Nowej Soli ludzie z całego kraju. Starałem się pozyskiwać sponsoring różnych firm na organizację. Festiwal był wartościowym wydarzeniem muzycznym na mapie kraju, które zniknęło z tej mapy, gdy zarządzanie kulturą ograniczyło się do prób wygenerowania zysku. Na szczęście nie wszędzie tak jest.

Ewenementem np. jest to, co dzieje się w Otyniu za sprawą Krzysia Gąsiora. Tam kocha się dobrą muzę, sięga się także po poezję śpiewaną. Działalność kulturalna służy mieszkańcom i jest świetnie organizowana. Krzysztof Gąsior jest zresztą fenomenem, jestem zafascynowany tym człowiekiem.

Uznałem, że warto utrwalić pamięć o jego działalności związanej z krzewieniem kultury i sztuki na naszych terenach. Z tego powodu pisałem m.in. o nim w roczniku „Ziemia Lubuska” wydawanym przez Muzeum Ziemi Lubuskiej przy wsparciu urzędu marszałkowskiego. Warto wiedzieć, że jednym z weryfikujących publikowane w nim treści jest Tomasz Andrzejewski, dyrektor nowosolskiego muzeum.

Do rocznika pisuję od sześciu lat o wydarzeniach i ludziach związanych z kulturą. M.in. o wspomnianym już Krzysztofie Gąsiorze, ale także o Cepeliadzie, która skończyła już swoją działalność, o Andrzeju Deli czy jubileuszu teatru Terminus A Quo. Takie najciekawsze rzeczy związane z Ziemią Lubuską i kulturą.

Koncert na dachu ratusza

Elektryk, juror konkursowy, organizator festiwali, miłośnik bluesa, konferansjer, dziennikarz. Coś pominęłam?

Jestem też menedżerem zespołów muzycznych, np. zespołu Zdrowa Woda, który jest już legendą polskich zespołów blues-rockowych, a także głogowskiego zespołu Roślina czy niegdyś istniejącego kożuchowskiego Za Fcześnie Fstałem. Z nimi zjechaliśmy Polskę i wciągu dwóch lat daliśmy sto koncertów.

I tu otwiera się następny wątek, bo za sprawą dwóch zespołów – Black&Blues i właśnie Za Fcześnie Fstałem – byłem na trasach koncertowych na Ukrainie. Z tymi wyjazdami wiążą się dwa wyjątkowe dla mnie wspomnienia.

Rzecz zorganizowana została w ramach partnerstwa powiatu nowosolskiego z Iwano-Frankiwskiem, czyli dawnym Stanisławowem.

Za Fcześnie Fstałem grał support przed Smokie i tam zaśpiewałem z kożuchowskim zespołem Sen o Wiktorii, z tym że pierwszą zwrotkę śpiewałem po ukraińsku.

Ponieważ to były obchody 350-lecia Iwano-Frankiwska, jako goście z partnerskiego powiatu w obchodach uczestniczyli nasz ówczesny starosta Józef Suszyński, a także wiceprezydent Zielonej Góry Wioleta Haręźlak. Dostaliśmy wraz z nimi zaproszenie na audiencję do mera Iwano-Frankiwska. Mer nazywał się Iwaskiewiczius.

Taki mer to był tam gość. Jego siedziba mieściła się w okazałym białym gmaszysku, na który miejscowi mówili Biały Dom. Mer – prawdziwa szycha na swoim terenie, nawet wizytówki miał pokrywane złotem. Do dziś mam jedną z nich w domu. A przy tamtej okoliczności wygłaszałem jakąś przetłumaczoną na ukraiński perorę przed konsulem generalnym Rosji, który też był tam obecny. Taka była ranga tego wydarzenia.

Natomiast wcześniej, z zespołem Black&Blues, graliśmy na dachu ratusza w Iwano-Frankiwsku. Zespół miał próbę dźwięku. Zszedłem wtedy na dół. Wybrzmiały pierwsze dźwięki. Blac&Blues grał jakiś utwór Tadeusza Nalepy.
Patrzę, a pod sceną stoi siwy facet i płacze, łzy mu płyną. Podszedłem do niego zagadać. Okazał się Polakiem i powiedział: „My tu, w Iwano-Frankiwsku (co ja mówię, gadam już jak oni) – w Stanisławowie założyliśmy klub Tadeusza Nalepy i śpiewamy jego piosenki. A teraz tu, na dachu ratusza, słyszę polskie wykonanie”.

Spotkanie tego człowieka to było dla mnie niesamowicie wzruszające przeżycie.

Jako menedżer jakie masz plany na przyszłość?

W tej chwili mam bardzo poważny zespół, mówię o Zdrowej Wodzie. 30 stycznia mam dwie poważne sprawy do ogarnięcia, bo muszę prowadzić Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W związku z tym mam jechać do Hanoweru i powinienem jechać do Włocławka, gdzie Zdrowa Woda wystąpi. W tym tygodniu mam mieć potwierdzenie z Hanoweru.

To zamieszanie wynikło z racji epidemii, która destabilizuje wiele wcześniejszych ustaleń. Nie wiem, jak Niemcy potraktują imprezę. W każdym razie, jeśli nie będę w tym czasie w Hanowerze, to będę z zespołem we Włocławku, bo gramy koncert na finał przed „Światełkiem do nieba”.

Rozmowy są ważne

Obserwowałam cię przy okazji prowadzenia WOŚP, koncertów czy innych rzeczy. Masz taki estradowy flow, świetny kontakt z publicznością.

Być może tak jest. Kiedyś na finale WOŚP udało mi się w Irlandii sprzedać polskiego jabola za półtora tysiąca euro. Wino doleciało ze mną na miejsce, ale w samolocie – może z powodu zmiany ciśnienia – korek się rozszczelnił i jedna czwarta zawartości wypłynęła. Sprzedałem więc niepełną butelkę trzeciorzędnego wina za porządny kawał pieniądza. Być może to kwestia rutyny, pewnej wprawy z powodu liczby prowadzonych przeze mnie imprez.

Wrócę na moment do bluesa. To ten rodzaj muzyki, który najlepiej ci leży?

Pierwszy gatunek. Podeprę się tu wspaniałym cytatem Williego Dicksona, który powiedział: „Blues to korzenie, a reszta muzyki to owoce”. Obok bluesa równie bliskim gatunkiem jest dla mnie rock.

Sam też pogrywasz. Słyszałam cię w 7 Życzeniach.

Plumkam sobie, trochę piszę. Akurat można było podzielić się tym plumkaniem w 7 Życzeniach. To fajne miejsce, z fajnymi ludźmi i klimatem. Takie miejsce, którego bardzo tu brakowało.

Mam wrażenie, że trochę zastępuje dawną kawiarnię Teatralną. Można posłuchać zaproszonych muzyków, można samemu pośpiewać.

Funkcjonująca niegdyś przy NDK Kawiarnia Teatralna rzeczywiście była takim miejscem. Należała zresztą do Krzysztofa Gąsiora, o którym już wspominałem. Gdy została zamknięta, Gąsior został dyrektorem GCK w Otyniu i w naturalny sposób przeniósł kulturalną działalność do otyńskiego ośrodka.

Ale w Nowej Soli długo nie udało się zapełnić luki po Teatralnej. To było bardzo znane miejsce spotkań. Tu zawiązywały się wieloletnie znajomości i przyjaźnie. Do Teatralnej przychodziło się raz na piwo, innym razem na koncert, wernisaż, spotkanie z poezją. Bywalcy mieli szansę poznawać artystów, ale też czerpać z ich umiejętności, inspirować się, samemu tworzyć i – co nie jest mniej ważne – rozmawiać, wymieniać myśli. Takie miejsca i socjalizują, bo przychodząc do nich stajesz się częścią jakiejś społeczności, i dają impuls do osobistego rozwoju. One są ludziom zwyczajnie potrzebne.

Poza tym, że realizujesz się w tylu rolach poza domem, jesteś też mężem Ali. Jak żona znosi nieobecności męża?

Jak można, to jeździmy razem. Jasne, że kiedy zapraszany jest zespół, to jest ograniczona ilość miejsc dla przyjezdnych, ale gdy prowadzę festiwale, to stawiam warunek, że będę, owszem, ale z małżonką. I Ala ma nawet swój ulubiony, w Ścinawie. Ma też swoje zadania, choćby w Ciechocinku, gdzie sprzedaje książki. Tu festiwal prowadzę od jego drugiej edycji, a sprzedawane książki oczywiście związane są z muzyką. Wśród autorów choćby Zdzisław Pająk, dziennikarz z bydgoskiego Radia PIK. Godne polecenia jest jego dwutomowe dzieło „Jimi Hendrix. Szaman Rocka”. W tej chwili pisze trzeci tom. I

Co najcenniejszego zyskałeś dzięki dziennikarstwu?

Jako dziennikarz brałem udział w różnych przedsięwzięciach. Dzięki niemu otarłem się nie tylko o świat muzyczny, ale także literacki czy polityczny.

Dzięki akredytacji prasowej mogłem jeździć chociażby na kongresy PSL. Tam spotykało się ludzi z najwyższej półki, np. prof. Bartoszewskiego (spotkania z nim nigdy nie zapomnę) czy prof. Kołodkę, tego od „Wędrującego świata”. Na takich kongresach pojawiały się nie tylko tuzy polityki, ale także literatury i świata kultury. Słowem: szeroki wachlarz ludzi, z którymi warto było rozmawiać.

A jakie są plany Lecha Bekularda na 2022 r.?

Najbliższe wydarzenie już 30 stycznia, czyli WOŚP i wyjazd do Niemiec lub Włocławka. 5 lutego świebodziński koncert zespołu Kasa Chorych z wybitnym polskim harmonijkarzem Michałem Kielakiem. Nie wiem, czy jeszcze jakieś bilety są na ten koncer. Odbędzie się w pięknym, wyremontowanym domu kultury, który organizuje ten koncert i który nadal jest domem kultury – co jest ważne.

Na początku czerwca powinien być Santok i trzydniowa impreza w ramach dni miasta. Też niebagatelne wydarzenie obejmujące nie tylko koncerty, ale także rekonstrukcję historyczną bitwy o Santok, spotkanie rycerstwa polskiego. Prowadzę to od samego początku.

W czerwcu wyjeżdżam z zespołem Zdrowa Woda na festiwal do Czech. Również w czerwcu przypada jubileusz zespołu Roślina z Głogowa. Później Ścinawa 15-16 lipca, no i oczywiście festiwal Blues bez Barier w Ciechocinku w pierwszy weekend września.

To tyle, co z głowy, czyli z niczego, mogę w tej chwili przytoczyć. Ale to się będzie uzupełniało sukcesywnie. Zwykle tak to działa, że co chwilę odbierasz telefon i dodajesz na bieżąco kolejne daty do kalendarza.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content